piątek, 3 stycznia 2014

Rozdział Drugi: „Ile można być (…) oparciem dla wszystkich?”

Hej, hej i czołem!
Jak już pewnie zauważyliście publikuję rozdział number dwa. 
Nudziło mi się dziś na lekcjach, to se takiego rozdziała walnęłam xd
Dobra, nie zanudzam. Chciałam tylko poinformować, że zmieniłam ustawienia komentowania - nie ma już weryfikacji obrazkowej, a opinię po sobie mogą zostawiać również anonimy.
Pozdrawiam,
Cave.
P.S. Wytłumaczy mi ktoś, kto to Herman? On jakiś zły podobno był.
_________________________________________

      Hermiona siedziała w jednej z kabin łazienki mugolskiego centrum handlowego. Spędziły tutaj, tak jak planowały, cały wczorajszy dzień i teraz szykują się na pociąg. Miona założyła na siebie dżinsowe spodnie, top na ramiączkach z flagą Wielkiej Brytanii, białe tenisówki, niebieską bluzę i, ponieważ nie było bardzo zimno, czarną wiatrówkę. Różdżkę tradycyjnie schowała za pasek, a na głowę naciągnęła kaptur. Włosy, które całkowicie wyprostowała za pomocą zaklęcia, związała w kucyk i ułożyła tak, żeby spływał jej po lewym ramieniu. Włożyła pomniejszoną torebkę do kieszeni po czym opuściła kabinę.
     Kiedy umyła ręce spojrzała na przeszkloną szybę na zegar. Dziewiąta, powinny już się zbierać. Wyszła przed toalety i ujrzała trzy swoje przyjaciółki. Uśmiechnęła się do nich delikatnie, po czym ruszyły do wyjścia. Oczywiście najbardziej ubolewała nad tym, że muszą już iść, Ginny. Ruda zdążyła pokochać wszystkie sklepy z ubraniami mugolskich projektantów. Stwierdziła, że mogłaby tutaj zamieszkać na stałe.
      Udały się w jakiś ciemny zaułek. Postanowiły, że nie będą marnować czasu i teleportują się prosto na peron 9 i ¾. Tak też zrobiły. Złapały się za ręce i po chwili znikły z głuchym trzaskiem. Hermiona modliła się w myślach do Merlina, żeby wszystko poszło zgodnie z planem i wojnę wygrała ta dobra strona.
    Ich stopy w końcu stanęły na twardym podłożu. Miona rozejrzała się dookoła. Na stacji znajdowało się już całkiem sporo uczniów. Zauważyła Neville ‘a, żegnającego się z babcią, Lavender, wymieniającą ostatnie uściski z matką, Padmę i Parvati, machające na pożegnanie swoim rodzicom … Można by tak wymieniać jeszcze chwilę. Jednak najbardziej zdziwiła ją obecność trzech chłopaków. Tak, właśnie Ślizgonów. Brakowało tylko jednego z nich, co było całkiem niepokojące. Szczególnie zważając na to, że zgubą był Malfoy. Co ta tleniona fretka kombinuje?
- Chodźcie, idziemy zająć wolny przedział. – zarządziła Ginny i ruszyła w kierunku pociągu.
   Jej przyjaciółki zrobiły to samo. Jakie było ich zdziwienie, kiedy zamiast kilku osobnych, zobaczyły jedno, duże na cały wagon, pomieszczenie, gdzie siedziało już kilkoro uczniów. Niechętnie zajęły stolik, przeznaczony dla czterech osób. Miały porozmawiać na temat obecnego roku w Hogwarcie, a tutaj nie mają szans na anonimowość, a przede wszystkim zapewnienie, że nikt nie dowie się o ich członkostwie w Zakonie Feniksa. To byłby dla nich koniec.
   Były już w połowie podróży do Hogwartu, kiedy pociąg „odwiedziła” dwójka Śmierciożerców. Bracia, Alecto i Amycus Carrow. Zaczęli rozglądać się po przedziale. Przyjaciółki skuliły się w sobie, żeby tylko ich nie zauważyli. Niestety, po tym jak na ich usta wkradły się wredne uśmiechy, zaczęli kierować się w ich stronę. Hermiona zaklęła szpetnie pod nosem. No to spokojna podróż właśnie posła się kochać.
- Proszę, proszę. Kogo my tu mamy. Czyżby to nie znana nam wszystkim Czwórka Marzeń? – zakpił Alecto.
- Proszę, proszę. Kogo my tu mamy. Czyżby to nie pachołki Voldemort ‘a? – Ginny dobrze wiedziała, jak dużo ryzykuje. Jednak o to właśnie chodzi. Nie pokazywać im wszystkim, że się boją.
- Jak śmiesz, brudna Zdrajczyni Krwi, wymawiać jego imię? – wybuchł drugi. Hermiona zaczęła się śmiać, aby później wyraz jej twarzy stał się całkiem obojętny. Popatrzyła na nich z nienawiścią i pogardą.
- Imię, jak imię. – odpowiedziała. Niestety, od razu tego pożałowała.
    Poczuła tylko, jak jeden ze Śmierciożerców wyciąga ją na środek wagonu. Opadła na kolana, nie zdolna, żeby utrzymać równowagę po dosyć mocnym szarpnięciu, jakie zostało jej zafundowane przed chwilą. Jęknęła cicho. I wtedy się zaczęło. Po jej ciele rozeszła się niesamowita fala bólu. Położyła się na podłodze, nie panując nad drżeniem swojego ciała. Właśnie dostała Cruciatusem. Na początku krzyczała, wiła się i płakała. Błagała całą sobą o to, aby przestał. Jednak powoi starał się to w sobie opanować. Tak, jak nauczył ją tego Syriusz.
     Skupiła się na najszczęśliwszym wspomnieniu i pozwoliła, żeby jego radość wypełniła ją całą. Wróciła myślami do momentu, kiedy Draco obejmował ją na polanie, gdy oboje byli nieprzytomni. Nie okazywał jej wtedy odrazy względem jej osoby. Gdzieś w środku liczyła na to, że ją akceptował taką, jaką jest. Nie potrzeba było im słów, żeby się zrozumieć. Po prostu pierwsze było wsparciem dla drugiego, a drugie dla pierwszego. W milczeniu poznawali siebie.
    To jej pomogło. Czuła, jak odzyskuje władze nad swoim ciałem, a ból, związany ze skutkami uroku, po woli przestaje być aż tak ogromny i w końcu zanika całkiem. Uniosła się wolno, żeby nie zrobić sobie krzywdy (bądź co bądź, całkiem długo znajdowała się pod wpływem zaklęcia) i usiłowała przywrócić normalny oddech. Zamknęła oczy i wytarła policzki wierzchem dłoni.
- Nigdy więcej nie waż się podnosić na mnie różdżki, plugawy Śmierciożerco. – mruknęła pod nosem, spluwając krwią, która wypłynęła z przegryzionych warg.
     Amycus popatrzył na nią zdziwiony. Jeszcze nigdy, żadna ofiara nie wygrała z urokiem, rzuconym właśnie przez niego. Co on gada?! Jeszcze żadna ofiara nigdy nie wygrała z Cruciatusem, a ta mała Szlama od tak warczy na niego. Jej niedoczekanie! Ona jeszcze go popamięta.
    Hermiona podniosła nienawistne spojrzenie na przybyszów. Zobaczyła, jak zabijają ją wzrokiem. Tak, zdecydowanie się nie polubią. Jednak gorsze było to, że czuła gdzieś w środku, że oni zostaną nowymi nauczycielami. Nie miała pojęcia od czego, ale to nie było ważne, a to, że będzie musiała ich teraz widywać na co dzień. Podniosła się i od razu zachwiała na nogach. Nieprzyjemny prąd zawładną wszystkimi jej kończynami. Utrzymała pion i podeszła do przyjaciółek, od razu opadając na siedzenie. Jęknęła, kiedy jej obolały tyłek zderzył się z dość twardym siedzeniem. Oparła głowę o zagłówek i zamknęła powieki.
- Wszystko w porządku, Hermiono? – zapytała niepewnie Ginny. Hermiona, nie otwierając oczu poruszyła się nieznacznie. Jednak nie zmieniła swojej pozycji.
- Wiesz, wbrew pozorom czuję się całkiem dobrze. – odpowiedziała, a na jej twarz wpłynął delikatny uśmiech.
    Trójka Ślizgonów przyglądała się czwórce dziewcząt. Bleise Zabini hamował się z całej swojej silnej woli, żeby nie przywalić Śmierciożercy, który zwyzywał jego ukochaną Ginny. W myślach widział, jak mężczyzna leży na podłodze i błaga go o litość. Nienawidził tego gościa! A sama myśl, że będzie musiał się z nim użerać przez najbliższe kilka miesięcy przyprawiała go o odruch wymiotny. Reszta jego przyjaciół miała bardzo podobne odczucia, ale żaden z nich musiał się powstrzymywać aż tak, jak Diabeł.
     Reszta drogi minęła im w miarę normalni i bez większych komplikacji. Gdy wreszcie dotarli na miejsce Hermiona poczuła się bardzo dziwnie. Dookoła niej nie było żadnego czarodzieja, ani czarownicy, której krew nie byłaby choć w połowie czysta. To dziwne, ale jej poczucie wartości nagle drastycznie spadło. Spuściła wzrok i otuliła się ramionami. Luna, jakby odczytując myśli Hermiony, przytuliła się do jej pleców. Miona nie czekając długo dotknęła jej dłoni. Właśnie takie, drobne gesty budują przyjaźń Czwórki Marzeń.
    Zaczęła się kolacja na rozpoczęcie nowego roku szkolnego. Uczniowie siedzieli przy stołach swoich domów. Jednak czegoś tym razem brakowało. Jedzenie leżało już na stołach, więc to na pewno nie było to. Nauczyciele siedzieli przy stołach i rozmawiali. Z resztą, gdyby któregoś z nich zabrakło, to pewnie i tak nikt nie zwróciłby na to uwagi. W końcu to tylko nauczyciele. Wszystkie dekoracje wisiały i ozdabiały Wielką Salę.
     A może to po prostu brak wesołych rozmów ze strony uczniów. W pomieszczeniu nie czuć było tej radości, którą Hermiona widziała we wszystkich osobach, które uczyły się w Hogwarcie. Zapanował wszechogarniający smutek, cierpienie, strach o to, czy jutro nadejdzie. Nikogo nie było nawet stać na delikatny uśmiech. Twarze zgromadzonych były wręcz sztuczne, bez wyrazu. W końcu Snape podniósł się i z dumnie uniesioną głową poszedł do mównicy.
- Witam wszystkich. Nie będziemy się za bardzo rozciągać z przemową. Uwierzcie, że nie chcę być tutaj tak samo bardzo, jak wy. Tak, więc. Nowymi nauczycielami zostają Amycus Carrow, który nauczać was będzie Obrony Przed Czarną Magią oraz Alecto Carrow, wykładający Mugoloznawstwo. Do Zakazanego Lasu wstęp jest surowo zakazany. Również w kwestii włóczenia się po korytarzach po godzinie dwudziestej drugiej, kiedy to Prefekci będą patrolować korytarze. Mam nadzieję, że się zrozumieliśmy. Proszę teraz profesor McGonagall o wprowadzenie Pierwszorocznych na Ceremonię Przydziału. – zakończył i udał się na swoje miejsce.
    Hermiona w tym momencie się wyłączyła. Podparła brodę o pięść i odpłynęła. Zaczęła zastanawiać się nad tym, co może dziać się u pewnego blondyna. Gdzie teraz jest, co robi, czy jest bezpieczny? Zaśmiała się z własnej głupoty. W czasach, kiedy wszędzie panuje strach i obawa o to, czy nadejdzie jutro, ona ,myśli o jakimkolwiek bezpieczeństwie. Rozejrzała się po raz kolejny tego wieczora po sali. Nawet Ślizgoni byli jakby przygnębieni.
- Chciałem wam ogłosić jeszcze jedno. Do Dormitoriów zawsze odprowadzać was będą Prefekci, a na lekcje nauczyciele. Jeżeli ktokolwiek w przerwach międzylekcyjnych wałęsał się będzie gdzie indziej niż po Pokoju Wspólnym, to zostanie surowo ukarany. – zakończył. Jak w więzieniu. – przeszło Hermionie przez myśl.
     Draco stał w salonie swojego domu, który był specjalnie przygotowany dla Czarnego Pana i jego sługusów. Na środku pomieszczenia leżała jego nauczycielka od Mugoloznawstwa. Zwijała się, wyła i błagała o litość. Krzyczała w spazmach, żeby ją zabili, tylko nie kazali już cierpieć. Najgorsze było to, że Dracon widział w jej oczach, że mówi prawdę. Jeszcze nigdy nie zaznał widoku, gdy ktoś woli wybrać śmierć od życia. Nie wyobrażał sobie jak bardzo musi cierpieć. W pewnym momencie Voldemort spojrzał prosto w jego oczy. Nie zobaczył w nich nic – tyle, ile wymagał od swoich sług.
- Draco, ty pewnie też chciałbyś się zemścić na niej za to, że naopowiadała ci przez tak wiele lat tyle kłamstw o Szlamach. – powiedział swoim, na pozór spokojnym, głosem. Po plecach Ślizgona przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Wycelował różdżką prosto w kobietę. Ostatnim, co zobaczył, zanim wypowiedział formułkę, były załzawione oczy profesorki. Jak bardzo nie chciał tu być.
     Hermiona siedziała w ławce i słuchała wykładu nowego profesora od Mugoloznawstwa. Czuła, że jeszcze chwilę posłucha tych bajek i nie wytrzyma. Ginny, Luna i Pansy również ledwo się powstrzymywały, ale nie musiały aż tak bardzo, jak ich przyjaciółka. Jej spojrzenie ciskało piorunami, włosy naelektryzowały się, a usta ścisnęły w wąską kreskę. Ręce skrzyżowała na wysokości piersi, a nogi wyprostowane, tylko kostki założone na siebie. Poruszała się niecierpliwie do przodu i tyłu, w myślach dochodząc już w liczeniu do stu dwudziestu. Od początku lekcji nic nie robiła, oprócz zabijania Carrow ‘a wzrokiem i rzucania w niego obelgami. Oczywiście jeszcze nie wypowiadała ich na głos, bo dłoń Ginny hamowała jej temperament. Dziękowała przyjaciółce za ten gest, bo czuła w środku, że gdyby nie to, już dawno zostałaby odtransportowana do Askabanu przez grupę specjalnych Aurorów.  Zarzucanym przestępstwem byłoby brutalne pobicie, a później – w skutek obrażeń - śmierć.
- Zapamiętajcie również, że to właśnie Mugole rozprzestrzenili zarazę, nazwaną czarną ospą, wśród Czarodziei w tysiąc pięćsetnym roku. – tego dla dziewczyny było za wiele. Podniosła się jednym, zgrabnym ruchem z siedzenia i po prostu wyszła z sali.
    Nie udała się do Pokoju Wspólnego tak, jak nakazywał nowy regulamin. Postanowiła, że oleje go po całości, nie zważając na późniejsze konsekwencje. Kierowała się cały czas w stronę Zakazanego Lasu. Tak, właśnie w tym momencie zamierzała złamać z pół szkolnych zasad i pokazać im wszystkim, że będzie robić to, na co ma ochotę. Gdzie chce i kiedy chce.
    Zatrzymała się dopiero przy granicy lasu z Błoniami. Usiadła pod największym drzewem, podciągnęła kolana pod brodę i schowała między nimi głowę. Wreszcie mogła dać upust emocjom. To dopiero pierwszy dzień szkoły, a ona ma już serdecznie tego wszystkiego dosyć. Słone łzy zaczęły spływać po rozpalonych i zaróżowionych od szybkiego marszu, policzkach. Ile można być tą, która zawsze się uśmiecha, potrafi odpyskować na każdą zaczepkę, jest oparciem dla wszystkich? Jak długo można znieść ciężar odpowiedzialność, kiedy jest się uważaną za tą „najodważniejszą”? No właśnie, Hermiona już za długo taka była.
    Kiedy zrobiło się całkiem ciemno postanowiła, że już powinna wrócić. I tak ma pewnie całkiem przerąbane. Nie musi pogarszać swojej sytuacji jeszcze bardziej. Weszła na puste korytarze starego zamku. Rozejrzała się dookoła. Ta pustka była wręcz przytłaczająca. Słyszała każdy jeden szmer, uderzenie podeszew o posadzkę rozchodziło się echem, odbijając od kamiennych ścian, wszystko było oświetlone jedynie ogniem pochodni, które mimo wszystko, zostały zapalone. Weszła na ruchome schody i jak najszybciej dobiegła do swojego piętra. Stanęła przed Portretem Grubej Damy. Wypowiedziała hasło. Na szczęście tym razem obyło się bez żadnych tłumaczeń, pouczeń i bezsensownej krytyki pod jej adresem. Dziękowała za to obrazowi w duchu. Czuła, że jej skołatane nerwy jeszcze nie zdążyły dość do siebie i może w każdej chwili wybuchnąć.
    Na kanapach w Pokoju Wspólnym siedziało wielu uczniów. Każdy z nich dyskutował. Jednak coś tu było nie tak. Żadnego śmiechu, żartów, tylko smutek i monotonia. Hermionie wydawało się, że jedynym wesołym w pomieszczeniu był trzaskający w kominku ogień. To nie jest ten Gryffindor, który pokochała od pierwszego dnia w szkole. Teraz atmosferę w nim panującą można porównać raczej do tej, która panuje na stypach po pogrzebach.
   Pokręciła zrezygnowana głową, spuściła głowę i ruszyła do Dormitorium. Tam nic tak naprawdę nie różniło się od salonu. Ginny leżała na łóżku Miony i wpatrywała się w sufit. Lav z Katie przeglądały jakiś kolorowy, magiczny magazyn i dyskutowały na temat ubioru gwiazd. Rzuciła torbę w kąt. Nie miała ochoty na nic. To, co się teraz dzieje zupełnie pozbawia jej radości. Postanowiła, że się wykąpie. Może to chociaż trochę przywróci jej humor.
    Draco leżał na łóżku w swoim pokoju i pustym wzrokiem śledził sufit. Czuł się wręcz tragicznie. Sumienie wręcz go paliło. Dlaczego? Otóż jeszcze, nie dłużej, jak pół godziny temu torturował swoją dawną nauczycielkę. Musiał udawać, że sprawia mu to niesamowitą przyjemność. Było to o tyle trudne, o ile tak naprawdę czuł wstręt do wszystkich Śmierciożerców, który śmiali się wesoło, jak gdyby nic. Piętnaście minut później, Snape, łaskawie się zjawił, pooglądał, jak wielki wąż wpieprza martwą kobietę, poopowiadał jakieś bajki Czarnemu Panu i wziął się za rozmowę z nim. Oczywiście pomieszczeni, w którym przebywali było odcięte od świata w każdy możliwy sposób, za pomocą każdego zaklęcia, jakie mogło tylko po to właśnie istnieć. Poinformował go, że najprawdopodobniej za dwa, góra trzy miesiące sprowadzi tutaj nikogo innego, jak Granger, żeby Śmierciojadki mogły się powyżywać na Szlamie. Oczywiście on sam również będzie musiał w tym uczestniczyć, mało tego! Snape sprowadzi do tego gówna, nazwanego siedzibą główną, również jego przyjaciół, żeby nie wzbudzali żadnych podejrzeń. A i jest jeszcze jedna sprawa. Oni będą musieli pomóc Granger i jej przyjaciółkom w wyciągnięciu z Voldka jak największej ilości informacji na temat jego genialnego planu! No po prostu żyć nie umierać!
    Chłopak przetarł twarz dłońmi i westchnął w geście rezygnacji. Nie miał już siły. Jeżeli on przeżyje tę wojnę to będzie żył długo. Nie wie, czy szczęśliwie, ale na pewno bardzo długo. Podniósł się z łóżka, po czym udał do łazienki. Od jakiegoś czasu kąpiel jest jedyną rzeczą, dzięki której może chociaż na chwilę zapomnieć o wszystkich swoich dręczących problemach. To już chyba podchodzi pod paranoję.
    Cały Hogwart siedział w Wielkiej Sali na kolacji. Cisza panująca dookoła była wręcz przytłaczająca, na niczym nie można się było przez nią skupić. Hermiona praktycznie nie tknęła swojej porcji. Tylko grzebała w niej widelcem. Zupełnie straciła ochotę na jakikolwiek posiłek. Ginny próbowała ją pocieszyć, ale efektem jej starań było to, że zaczęła rzucać wściekła na wszystko i wszystkich. Oczywiście nie dlatego, że Ruda chciała pomóc. Może źle się wysłowiłam. Po prostu ich dwie współlokatorki stwierdziły, że nie ma czym się ekscytować, bo nowi nauczyciele przecie nie powinni kłamać i Hermiona powinna trochę zluzować. Amunicjom stało się wszystko to, co miała pod ręką, a o obiektach chyba nie muszę się wypowiadać.
    W pewnym momencie przed nią stanął nie kto inny, jak sam dyrektor. Miona nie mogła na niego patrzeć. Niby taki uczynny dla Zakonu, a brata się ze Śmierciożecami. Żenada. Jej rozmyślania przerwał głos mężczyzny.

- Proszę, żeby panna Granger pojawiła się u mnie w gabinecie zaraz po kolacji. Odprowadzi panią jeden z Prefektów Naczelnych. – poinformował, po czym odszedł. Gryfonka zacisnęła pięść na widelcu. Oboje naczelni są Ślizgonami, będzie wesoło. 

środa, 1 stycznia 2014

Rozdział Pierwszy: "Nie daj się zabić, siostro."

Tak na dobre rozpoczęcie roku. 
Jak się czujecie z tym, że jutro do szkoły? Ja myślę nad małymi wagarami (ale cii) ;d
Życzę miłej lektury :)
enjoy, Cave.
___________________________________

    Zjawiły się na działce Weasley ‘ów z głuchym trzaskiem. Od razu przyciągnęły wzrok wszystkich zgromadzonych. One jednak nie zwracały na nich uwagi. Stały przytulone do siebie. W końcu Harry podszedł do nich zaniepokojony. Dotknął lekko ramienia Sophie. Dziewczyna popatrzyła na niego załzawionym spojrzeniem i rzuciła mu się w ramiona. Hermiona uśmiechnęła się blado i powędrowała w stronę dziewczyn. Ginny od razu ją przytuliła.
- Wymazałyśmy im pamięć. – powiedziała lekko załamującym się głosem. Poczuła, jak uścisk Rudej zacieśnia się. Właśnie tego potrzebowała. Nie słów, a obecności przyjaciółek.
- Spokojnie Miona. Na pewno wszystko się ułoży. – szeptała pocieszająco Pansy, wtulona w plecy szatynki.
- Dobra, nie ma, co się nad sobą użalać! Idziemy przygotowywać się na dzisiejszy wieczór! – rozkazała Hermiona, uśmiechając się blado.
     Wszyscy byli już pod namiotem, gdzie odbywało się wesele Bila i Fleur. Młodzi tańczyli właśnie swój pierwszy taniec. Hermiona stała gdzieś z boku wraz z Pansy, Ginny i Luną. Miała a sobie koronową, jasnoróżową sukienkę i wysokie, czarne szpilki. Oczywiście nie zapomniała o bezpieczeństwie. Do uda miała przymocowaną różdżkę. Była wręcz pewna, że dziewczyny postąpiły tak samo.
     Dźwięki piosenki zamilkły. Goście zaczęli bić gromkie brawa. Teraz dopiero zaczęła się zabawa. Wszyscy rozmawiali ze sobą, tańczyli, jedli, śmiali się. Hermiona uśmiechnęła się pod nosem. Nikt nie wyglądał tak, jakby odczuwał panujący dookoła strach, spowodowany ostatnimi wydarzeniami. Czyli jednak pani Weasley miała rację. Takie wydarzenie dobrze wpłynęło na samopoczucie wszystkich.
     W pewnym momencie poczuła, jak ktoś kładzie jej ciepłą dłoń na ramieniu. Odwróciła się i zobaczyła uśmiechniętego do ucha do ucha Rona. Widać było, że chłopak jest trochę zestresowany. Uśmiechnęła się delikatnie, żeby dodać mu nieco otuchy. Co prawda nie wiedziała, w czym, ale nie ważne.
- Hermiono, czy nie chciałabyś może ze mną zatańczyć? – wyjąkał chłopak, zadziwiająco piskliwym głosikiem. Dziewczyna nic nie odpowiedziała, tylko pokiwała twierdząco głową i już po chwili pląsała na prowizorycznym parkiecie.
    To dziwne, ale wyobrażała sobie, jakby to było, gdyby zamiast z bratem swojej przyjaciółki tańczyła z pewnym blond Ślizgonem. Chciałaby znów poczuć, jak obejmuje ją swoimi silnymi ramionami i usłyszeć, jak bije jego serce. Tak, wtedy na polanie, dokładnie mogła wsłuchać się w jego regularny rytm. Przypomniała sobie zapach perfum Draco. Były zdecydowanie bardziej męskie, wyszukane niż zapach Gryfona. Zapragnęła po raz kolejny skosztować jego chłodnych warg. Poczuć zimne dłonie na swoim rozgrzanym ciele. Chłód Malfoy ‘a przenikał nawet przez jej bluzę.
    Jest jeszcze jedna, zasadnicza różnica pomiędzy tymi dwoma chłopakami. Ron był bardziej typem przymilającego się wszystkim, pragnącego dostać wszystko to, czego chce, ale natychmiast. I najlepiej tak, żeby on sam nie musiał wkładać w to najmniejszego zaangażowania ze swojej strony. Czasami Hermiona porównywała go do rozlazłych kluch. Każdej dziewczynie chwalił się, jakie to on ma mięśnie, a tak naprawdę nie mogły one równać się nawet z umięśnieniem Harry ‘ego. Był porywczy i nie panował bardzo często nad tym, co mówi. Ostatnie zdanie i racja musiały leżeć po jego stronie, bo obrażał się, jak mała dziewczynka. Był raczej typem wiecznie obrażonej primadonny. Nie umiał schować swoich emocji.
    Draco natomiast potrafił zachowywać się, jak na dorosłego mężczyznę i arystokratę przystało. Jego twarz nie ukazywała ani jednej, najmniejszej emocji. No, może z wyjątkiem tego cholernego chłodu i opanowania, które tylko sprawiały, że był jeszcze bardziej przystojny. Potrafił panować nad sytuacją i swoim zachowaniem. W każdy swój, najmniejszy nawet sukces, włożył pełne zaangażowanie. Jego umięśnione ciało przyciągało spojrzenia praktycznie całej żeńskiej części Hogwart ‘u. Jednak był, co najważniejsze, niegrzecznym chłopcem, wręcz łobuzem, a Hermiona uwielbiała typów spod ciemnej gwiazdy. I tego obawiała się najbardziej. Jak długo uda jej się jeszcze nie zwracać na Ślizgona najmniejszej uwagi? A może ona już się w nim zakochała? Nie, przecież to niemożliwe!!
    I wtedy poczuła ten dziwny niepokój. Otworzyła oczy, które przymrużyła pod wpływem emocji. Rozejrzała się dookoła. Niby nic się nie zmieniło. Wszyscy dalej bawili się w najlepsze. Jednak coś nie dawało jej spokoju. Zauważyła, że jej przyjaciółki stoją w jednym z rogów i rozmawiają o czymś zawzięcie. Przeprosiła Rona i udała się w ich kierunku.
- Co się stało? – zapytała, obserwując jak Pansy wymachuje rękami, tłumacząc coś Lunie i Ginny.
- Też masz dziwne przeczucie, że za chwile stanie się cos złego? – Herm przytaknęła głowa w odpowiedzi na pytanie Rudej. I właśnie wtedy to się stało.
     Dookoła zaczęli latać Śmierciożercy. Przyjaciółki rozdzieliły się i zaczęły rzucać zaklęcia we wszystkie strony. Hermiona, w przypływie świadomości, wezwała swoją i Sophie torebkę z całym dobytkiem. Oczywiście przed weselem dopakowały tam jeszcze kilka rzeczy swoich przyjaciół. Odnalazła wzrokiem siostrę i pobiegła w jej stronę, odbijając zaklęcia, które leciały w jej stronę.
- Trzymaj, Soph. – powiedziała, podając blondynce torebkę. Ta popatrzyła na nią dziękującym spojrzeniem.
    Wiedziały, że muszą się teraz rozstać, żeby wygrać. Nie ma innej opcji. Schowały się pod jakimś stolikiem, żeby zyskać choć chwilę na pożegnanie. Splotły swoje place i popatrzyły głęboko w oczy. Nawet ich tęczówki różniły się tak bardzo.  Hermiony były ciemne, czekoladowe, a Sophie jasne, niebieskie.
- Nie daj się zabić, siostro. – powiedziały równocześnie i przytuliły się po raz ostatni.
    Blondynka pobiegła do Harry ‘ego i Rona, a szatynka do Pansy, Ginny i Luny. We cztery złapały się za ręce, by po chwili zniknąć z głuchym trzaskiem z pola walki. Znalazły się na samym środku dworca kolejowego w Londynie. Herm rozejrzała się dookoła. To tutaj przychodziła z rodzicami, kiedy jechali do babci.
- Gdzie my jesteśmy? – zapytała Pansy, z niedowierzaniem obserwując to, co dookoła niej się znajduje.
- Wschodni Londyn. – wyszeptała Miona. – Witajcie w świcie Mugoli. – zaśmiała się, patrząc na przerażone twarze przyjaciółek. Zaczęła grzebać w torebce, idąc w kierunku toalet. Oczywiście dziewczyny podążyły a nią.
- Czego ty tam tak szukasz? – zapytała Ginny, kiedy dotarły na miejsce. Gryfonka nic nie odpowiedziała, tylko zaczęła po kolei obdarowywać dziewczyny ubraniami.
    Po piętnastu minutach każda była już gotowa. Miona miała na sobie dżinsowe, ciemne spodnie z przetartymi kolanami, czarne trampki, ciemną bluzę z kapturem, który założyła na głowę, czarną, skórzana kurtkę i zwykły T – shirt. Jej przyjaciółki wyglądały podobnie. Nie mogły rzucać się w oczy, żeby nie przyciągać do siebie wzroku innych ludzi. Ubrania musiały być również wygodne, aby w razie czego, dały radę uciekać.
- Co teraz robimy? – zapytała Pansy, patrząc jak Miona pomniejsza torebkę i wkłada ja do kieszeni spodni, a różdżkę za pasek.
- Wszystko, żeby nie dać się złapać Śmierciojadom. – odparła Hermiona. – Może chcecie pozwiedzać Londyn nocą? – zaproponowała, widząc jak dziewczyny patrzą na nią z dezaprobatą.
- Prowadź! – rozkazała podekscytowana Luna.
      Miona od razu poszła do swojego ulubionego miejsca – nad Tamizę. Tam usiadły nad jej brzegiem i, każda pogrążona we własnych rozmyślaniach, patrzyła w przestrzeń. Nie rozmawiały ze sobą, tylko obserwowały, ale zdawały się nie widzieć żadnych widoków.
      Ginny myślała o Bleise ‘ie. Zastanawiała się, co on teraz może robić. Czy jest bezpieczny? Miała ogromną nadzieję, że tak. Nie wiedziała, co by zrobiła, gdyby okazało się, że jej chłopakowi cos mogło się stać. On musiał przeżyć, dla niej. Na samą myśl, że ukochany cierpi jakiekolwiek katusze po policzku potoczyła jej się diamentowa łza. Od razu starła ją wierzchem dłoni. Nie mogła pozwolić sobie na jakiekolwiek emocje. Nie teraz, kiedy trwa wojna.
    Luna zastanawiała się nad tym, czemu przez ostatnie kilka dni jej blond głowę nawiedza obraz Higgs ‘a. No dobrze, niby był przystojny i tak dalej, ale przecież to Ślizgon! Jeden z czwórki książąt Slytherin ‘u, którzy jej nienawidzą. I z wzajemnością! Raz nawet przyśniło jej się, że jest z nim w jakimś romantycznym miejscu i całują się zachłannie. Kiedy tylko rozpoznała twarz chłopaka obudziła się z głośnym krzykiem. Całą winę zrzuciła oczywiście na Grzęźlaki, które tępiła ostatnio z tatą. Jak widać bezskutecznie.
    Myślami Pansy zawładnął obraz Teodora. On z całej tej porąbanej czwórki potrafił zachowywać się najnormalniej. Nie wyzywał jej, czasami nawet posyłał jej uśmiechy. Ale nie takie kpiące, czy wredne. Normalne, szczere, pociągające. Na sama myśl w jej brzuchu obudziło się stado motyli. Nie wiedziała, jak nad nim zapanować. A tak w ogóle, czy mrowienie w podbrzuszu nie jest oznaką zakochania się?!
     Najbardziej zagmatwane myśli miała Hermiona. Po pierwsze cały czas była nimi przy Sophie. Zastanawiała się, co może robić jej siostra, gdzie jest i, co najważniejsze, czy jest bezpieczna? Podwinęła prawy rękaw bluzy i zerknęła na nadgarstek. Miała tam wytatuowane imię swojej siostry. Jednak nie był to zwykły tatuaż. Jeżeli Soph znajdzie się w niebezpieczeństwie, to będzie ją piekł. Jednak, mimo wszystko bała się. Cholernie bała się o swoją jedyną siostrę.
       Drugą sprawą, która nie dawała jej spokoju, był oczywiście blondyn. Malfoy, to już chyba na stałe zadomowił się w jej umyśle i nie planował żadnej wyprowadzki. W ogóle, jak można myśleć o kimś dwadzieścia cztery godziny na dobę?! To choroba! Bardzo poważna, która nazywa się … Nie, wcale nie!
    Usłyszały, jak cos porusza się w krzakach za nimi. Od razu, wyrwane ze swoich rozmyślań, odwróciły się w tamtym kierunku. Z zarośli wyłoniły się cztery zakapturzone postacie, a na twarzach miały srebrne maski. Śmierciożercy. Dziewczęta od razu stanęły na nogach i wzięły różdżki do rąk. Poplecznicy Czarnego Pana zbliżali się niebezpiecznie, a one nie miały gdzie uciec. Gdyby wpadły do rzeki, to utopiłyby się. Hermiona rzuciła w nich zaklęciem niewerbalnym, ale chybiła. Śmierciożerca, w którego celowała, znalazł się momentalnie obok niej.
- No to teraz żeście wpadły. – kiedy rozpoznała właściciela, do którego należy głos, pomyślała, że krew ja zaleje. Zaczęła się z całej siły wyrywać.
- Malfoy, ty skretyniały, pieprzony, idiotyczny, arystokratyczny dupku! Masz mnie natychmiast puścić!
- Spokojnie, Granger. – było słychać, że chłopaka ewidentnie bawi ta sytuacja. – Mamy wam tylko powiedzieć, że Snape załatwił coś w Ministerstwie i nie musicie martwić się, że was namierzą. – poinformował i wypuścił Gryfonkę. Ta popatrzyła tylko na niego spod byka.
- Do zobaczenia w Hogwarcie. – usłyszeli głos Zabini ‘ego. Od razu wszystkie spojrzenia zwróciły się w stronę jego i Rudej. Wszystko wskazywało na to, że przed chwilą się całowali.
- Pa. – wymamrotała pod nosem Ginny. Na jej policzkach widniały dwa wielki rumieńce. Tak naprawdę nie wiedziała, czy purpura była spowodowana podnieceniem, czy tym, że wszyscy na nią patrzą. Obstawiała i jedno i drugie.
     Chłopaki teleportowali się. Hermiona zaczęła głośno kląć pod nosem. W ogóle, jak on śmiał jej dotykać? Ba, zbliżać się na więcej, niż pięć metrów! Zaczęła iść w stronę miasta. Tam przynajmniej będą mogły wmieszać się w tłum i uciec. Debilni Śmierciożercy. Herm nawet nie zauważyła, kiedy doszła do lamp, a tym samym początku miasta. Oczywiście jej przyjaciółki nie mogły poradzić sobie z tempem, jakie im narzuciła. W końcu Ginny nie wytrzymała i stanęła butnie w miejscu. Zacisnęła powieki oraz pięści tak, że aż pobielały jej kostki.
- Hermiona Granger! – krzyknęła rudowłosa. Przyjaciółka od razu odwróciła się w jej kierunku ze zdziwieniem na twarzy. – Jeżeli w tym momencie nie zwolnisz, to ja się teleportuję w inne miejsce! – zastrzegła.
- Dobra, dobra! Spokojnie. – mruknęła szatynka, podnosząc ręce w geście obronnym. – Mam pytanie, możemy iść zobaczyć, co z moim starym domem? – zapytała, wyczekująco patrząc na towarzyszki. Te tylko zgodnie pokiwały głowami.
    Po piętnastu minutach marszu i luźnych rozmów dotarły na miejsce. Jednak to, co tam zastały sprawiło, że krew w żyłach Hermiony zastygła. Szczątki jej dawnego domu właśnie dopalały się, a stała nad nimi grupa Śmierciożerców. Teraz Miona wiedziała, że podjęły z Sophie bardzo dobrą decyzję, odnoście wymazania pamięci rodzicom. Teraz najprawdopodobniej albo zostaliby uprowadzeni przez popleczników Vldemorta, albo nie żyli. W pewnym momencie jedna z zakapturzonych postaci odwróciła się w stronę, gdzie stały. Od razu weszły bardziej za kamienną ścianę. Niestety, zostały zauważone.
- Tam! Tam są jacyś Mugole! – krzyknął jeden z nich i ruszył w stronę przyjaciółek.
- Uciekamy, czy najpierw chwilę się pobawimy? – zapytała Ginny, obserwując reakcję dziewczyn.
- Jeżeli zostaniemy, to będzie to dla nas bardzo duże ryzyko. – mruknęła Hermiona. Już wiedziały, co zrobią.
- Nie zadni Mugole, wy Śmierciojadzki! – zawołała Pansy. Wszystkie cztery zaczęły się śmiać. Wiedziały, że mogą zginąć, ale czego nie robi się dla dobrej zabawy.
- To te cztery, które Czarny Pan chce zabić osobiście. – wysyczał jeden z nich. – Drętwota! – wypowiedział formułkę.
      W ostatnim momencie schowały się za ścianą, w którą trafił snop magicznego światła. Teraz dopiero zaczynała się walka. Na zmianę Śmierciożercy i Czwórka Marzeń traktowali się wyszukanymi formułkami, którymi chcieli się nawzajem wyeliminować. Oczywiście dziewczęta nie poddawały się za wszelką cenę. Nie chciały tutaj długo być, tylko chwilę poćwiczyć nie w normalnych, bezpiecznych warunkach, jakie dawały sale ćwiczebne Zakonu Feniksa, a naprawdę. Zamierzały poczuć adrenalinę, spowodowaną wysokim niebezpieczeństwem i, jak to jest walczyć z prawdziwymi Śmierciożercami. Musiały zgodnie przyznać, że kukły nie są w stanie zastąpić prawdziwych osobników.
     W końcu jednak, kiedy znikąd zaczęły pojawiać się błękitne mgły, poruszające się z zawrotną prędkością, którymi byli członkowie zakonu, postanowiły się ewakuować. Złapały Hermionę za ręce, a ta teleportowała się z głuchym trzaskiem w bezpieczne miejsce. Okazało się, że podświadomie wybrała galerię handlową, otwartą dwadzieścia cztery godziny na dobę. Zerknęła na ogromny zegar. Pierwsza w nocy. Muszą przeżyć jeszcze jakoś ten dzień, a później jadą do Hogwart ‘u.
- Gdzie my jesteśmy? – zapytała przerażona Pansy.
- Gdziekolwiek byśmy nie były, tutaj jest zajebiście. – pochwaliła Ginny, wyglądając przez szklaną szybę na kilkaset ludzi, odwiedzających sklepy z ubraniami.
- Skoro wszyscy są zadowoleni, to nie wychodzimy stąd przez całe jutro, a później aż do godziny dziewiątej, bo o wpół do dziesiątej mamy pociąg do Hogwart ‘u. – mruknęła Hermiona, grzebiąc w torebce, którą powiększyła. – Jest tutaj tez kilka zamkniętych sklepów. Między innymi meblowy i to właśnie tam idziemy. – dodała, wyciągając suche bluzy, które dziewczęta na siebie założyły.
- A po co tam? – zapytała Luna, z zaciekawieniem obserwując sklep ze zwierzętami.
- Żeby się choć chwilę przespać. Mamy czas do dziesiątej, bo później otwierają sklep. – poinstruowała i z uśmiechem wyszła z, jak się okazało, toalety. Wsiadła do windy, a za nią zaciekawione przyjaciółki.
     Szatynce śmieć się chciało, kiedy widziała przerażone i jednocześnie podekscytowane twarze przyjaciółek. Wiedziała, że Mugolski świat wywrze na nich zdziwienie, ale nie aż takie. Nawet, gdy winda zatrzymała się, informując o tym, na jakim piętrze się znajdują, one popatrzyły niepewnie na głośniki i chciały je rozbierać, żeby wyjąć z nich przemiłą panią, bo przecież Mugole nie znają się na magii, a co za tym idzie te pudełeczka nie mogą być zaczarowane. Dopiero Miona wytłumaczyła im, na czym polega cała „magia” radiowęzłów.
- Zaraz, zaraz. – powiedziała Pansy, stając w miejscu. – Nie uważasz, że Mugole padną na zawał, kiedy zobaczą, jak śpimy w zamkniętym sklepie? – zapytała, widząc jak przyjaciółki patrzą na nią wyczekująco. Hermiona uśmiechnęła się wrednie.

- Od czego mamy różdżki? – zapytała retorycznie i rzuciła na nie wszystkie Zaklęcie Kameleona. Następnym był urok, dzięki któremu przeszły przez szybę. Później już tylko każda wybrała sobie łóżko i niemalże natychmiastowo zmorzył je sen.

wtorek, 31 grudnia 2013

Prolog Części Drugiej "II Bitwa o Hogwart": "Razem jesteśmy mądrością i siłą."

Kolejny prolog tej historii :)
Mam nadzieję, że ten blog będzie miał tak samo wielu czytelników, jak poprzedni.
Pozdrawiam i życzę Szczęśliwego Nowego Roku ;)
enjoy, Cave
_________________________________________

     Hermiona, Ginny, Pansy i Luna siedziały w dużym pomieszczeniu, które znajdowało się w głównej siedzibie Zakonu Feniksa. Właśnie odbywało się ostatnie zebranie, przed pierwszym września. Wszyscy bali się tego, co nastąpi. Całe dwa miesiące przygotowywali się do rozpoczęcia roku szkolnego. Musieli zapewnić jak największe bezpieczeństwo tym, którzy zdecydują się kontynuować naukę.
     Profesor Snape również tam był. Siedział w fotelu i prawie w cale się nie odzywał, tylko obserwował. Miał on pełnić rolę szpiega w zastępach Czarnego Pana. Już wszyscy wiedzieli, że to właśnie on zabił profesora Dumbledore ‘a, ale po odczytaniu jego testamentu wiedzieli, że Albus sam go o to poprosił. Mimo wszystko Harry, Ron i Sophie nie mogli się z tym pogodzić.
     Cztery przyjaciółki odbyły przez te wakacje dużo kursów. Między innymi teleportacji. Miało to służyć temu, aby mogły samodzielnie się bronić. Zakon wiedział, jaka jest sytuacja Hermiony i prosili ją, żeby nie jechała do Hogwart ‘u, ale ona była nieugięta. Wiedziała, że w szkole czeka na nią cała banda Śmierciożerców, ale nie mogła im pokazać, że jest tchórzem. Jej gryfońska duma za bardzo ucierpiałaby na tym.
    Siostry Granger wróciły do domu. Od razu udały się do pokoju Sophie. Musiały przedyskutować kilka bardzo ważnych spraw. Rozsiadły się na łóżku blondynki. Na początku żadna nie wiedziała, od czego ma zacząć. Błądziły myślami gdzieś daleko. Bały się, obie tak cholernie się bały. Hermiona nieświadomie chwyciła rękę swojej siostry. Ta w odpowiedzi mocniej ją ścisnęła. Obie cały czas patrzyły w przestrzeń, jaką miały przed sobą.
- Sophie, co zrobimy? – zapytała lekko załamującym się od nadmiaru emocji, kumulujących się w niej, Hermiona. – Z tym wszystkim. – dodała po chwili namysłu.
- Nie wiem. – wyszeptała starsza siostra. – Po raz pierwszy w życiu nie mam pojęcia, jak mam postąpić. – mówiła cały czas, a z oczu zaczęły spływać jej łzy. – Tutaj nie a się nic wziąć na logikę. Jestem bezsilna.
- Najważniejsi są teraz rodzice. Myślisz, że Śmierciożercy będą chcieli im coś zrobić? – zapytała nieśmiało Miona.
- Jestem więcej, jak pewna. – odrzekła Sophie. – Popatrz. Ja należę do Złotej Trójki. Znam wszystkie tajemnice Wybrańca. Mogłabym wskazać Riddle ‘owi wszystkie jego słabe punkty. Ty jesteś jedną z czterech najpotężniejszych czarownic, które ogromną siłę zdobyły w tak młodym wieku. Należysz do Czwórki Marzeń*. Razem jesteśmy mądrością i siłą. Niepokonane, jeżeli działamy wspólnie. Voldemort, mimo tego, że jesteśmy Szlamami, zrobi wszystko, żebyśmy działały na jego korzyść. – wyjaśniła. – Myślisz, że nie byłby w stanie porwać mamy i taty, żeby mieć nad nami kontrolę? – zakończyła kpiącym tonem, ale i równocześnie przepełnionym niesamowitą rozpaczą głosem.
   Popatrzyła załzawionymi oczami na młodszą siostrę. Hermiona przetwarzała w myślach wszystko to, co powiedziała jej przed chwilą Sophie. Miała rację. Jeżeli ktoś ma przesądzić o losach bitwy, działając razem, to tylko one. Voldemort na sto procent spróbuje je złapać. Niebezpieczeństwem byłoby przebywać teraz razem. Ułatwiłby mu tylko w ten sposób złapanie ich. Nie mogą do tego dopuścić.
- Będziemy musiały się teraz rozstać na czas bitwy, prawda? – zapytała Miona, a w jej oczy zalśniły się niebezpiecznie. Bała się odpowiedzi.
- Jeżeli chcemy, żeby wszystko potoczyło się po naszej myśli, to tak. Zdecydowanie nasze drogi będą musiały rozejść się na jakiś czas. – odpowiedziała stanowczo, pewna tego, co mówi. Odwróciła spojrzenie, wracając do obserwowania bezgranicznej przestrzeni za oknem.
   Dzisiejszy dzień, trzydziesty sierpnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego siódmego roku, był ponury, deszczowy, przytłaczający. Idealnie odzwierciedlał to, co działo się w duszach wielu angielskich czarodziei. Strach przed utratą bliskich, obawa przed nadchodzącym jutrem, niepewność co do swojego postępowania, niezdecydowanie, po której stronie powinno się stanąć, ale co najważniejsze, pieprzona niemoc, zakorzeniona gdzieś głęboko w ich umysłach. Niemoc, powodująca gniew, który nigdy nie był dobrym doradcą odnośnie dalszego postępowania.
- Wymażemy im pamięć. – wypaliła ni z tego, ni z owego Hermiona. Sophie popatrzyła na nią zdziwiona. Siostra wyciągnęła ją ze swojego rodzaju letargu, więc nie do końca rozumiała, o co jej chodzi. – No rodzicom. Niech myślą, że nie mają dzieci. Podłożymy im fałszywe bilety na samolot. Będą uważać, że są podróżnikami, którzy chcę zwiedzić cały świat. – wytłumaczyła, spoglądając na Soph. Blondynka spuściła wzrok na ich splecione dłonie i zaczęła mocno się zastanawiać.
- To zawsze było ich największe marzenie. Obejrzeć wszystkie zakątki Ziemi. – mruknęła pod nosem. – Robili to, ale w końcu urodziłam się ja.
- A rok później ja. – zakończyła za siostrę Miona. Popatrzyły sobie głęboko w oczy.
- Wiesz, że możemy ich już potem nigdy nie odzyskać? – zapytała blondynka.
- Nie mamy innego wyjścia. – odparła.
    Obie nie chciały tego w takim samym stopniu, a jedna bardziej od drugiej. Wiedziały jednak, że tylko w ten sposób mogą uratować rodziców. Sophie podniosła się i, nie puszczając dłoni siostry, udała się z nią do salonu, wcześniej podając dwie spakowane torebki z wszystkimi ich rzeczami. Mama i tata siedzieli tam, oglądając telewizję. Jednak, kiedy usłyszeli ruch, odwrócili się w stronę wejścia do pomieszczenia. Gdy zauważyli swój córki na ich twarze wpełzły szerokie uśmiechy, ale szybko zostały one zmienione w grymasy przerażenia. Tak, Sophie uniosła w ich kierunku różdżkę. Powiedziała bezgłośnie, poruszając tylko ustami, „przepraszam”.
- Obliviate. – wyszeptała zaklęcie. Źrenice państwa, od teraz, Thomson pomniejszyły się i zaszły mgłą.
     Dziewczęta patrzyły ze łzami w oczach i bólem, rozrywającym ich serca od środka, jak znikają z rodzinnych fotografii. W ten właśnie sposób, za pomocą jednego uroku, jedynego, niby nic nieznaczącego słowa, zniknęły ze świata Mugoli. Już tam nie istniały.

Wyszły przed dom. Sophie ubrana w ciemne dżinsy z wysokim sanem, szary sweter z Kermitem, czarne, wysokie kozaczki i tego samego koloru szalik. Na to nałożyła ciemnoszary płaszczyk (>KLIK<). Hermiona wyglądała zupełnie inaczej. Do czarnych, dziurawych spodni dobrała tego samego koloru skórzaną kurtkę i buty sportowe oraz białą, luźną koszulkę i szarą bluzę z myszkę miki, a ponieważ było dość chłodno, dobrała do tego taki sam szalik, jak miała Sophie (>KLIK<). Złapały się za ręce i przeteleportowały do Nory. Właśnie zaczynała się wojna.
____________________________________
* Czwórka Marzeń - określenie Pansy, Hermiony, Ginny i Luny. Tak, jak Złota Trójka ;)