poniedziałek, 27 stycznia 2014

Rozdział Trzeci: Oj Granger, Granger. Nie marudź.

 Ze startu mówię, że rozdział zupełnie mi się nie podoba, uważam, że jest nudny, bez sensu i w ogóle wszystkie uczucia są nieumiejętne opisane z powodu takiego, że mam jakiś zastój emocjonalny, z którym nie potrafię sobie poradzić. Publikuję tę notkę tylko dlatego, że została cudem skończona, a ja nienawidzę jak to co napiszę leży zapomniane. Z góry uprzedzam, że blog cały czas pozostaje w stanie zawieszenia, jestem również pewna, że nie napiszę niczego dosyć długo, więc proszę się nie nastawiać tym "jednorazowym wyskokiem"
Uprzedzam, że zostaliście uprzedzeni o niskiej jakości rozdziału.
Pozdrawiam,
Cave.
___________________________

     Szła korytarzem, chociaż ona się włóczyła za Nott ‘em. Cały czas miażdżyła chłopaka nienawistnym spojrzeniem. Chciała mieć to już za sobą, a on jak na złość nie idzie szybko, tylko wlecze się, jakby mu nogi spętali. Ugh! Masakra. Byli już w połowie drogi, kiedy Ślizgon odwrócił się do niej przodem. Wpatrzona w podłogę nie zauważyła tego i odbiła się od jego ciała. Gdyby nie to, że złapał ją w odpowiednim momencie, miałaby bliższe spotkanie z podłogą.
- Granger, mam pytanie. – zaczął. Popatrzyła na niego z jedną brwią podniesioną do góry, w geście niezrozumienia. – Jakie kwiaty lubisz? – zapytał, a Hermiona myślała, że oczy wypadną jej z głowy.
- Jaki zakład przegrałeś? – zapytała odsuwając się od niego. – Nie, nie, poczekaj. To jest właśnie zakładem! – palnęła, patrząc na niego wyczekująco.
- Po prostu powiedz. – westchnął. Wiedział, że nie będzie łatwo od niej to wyciągnąć, ale obiecał to przyjacielowi. Usłyszał, jak dziewczyna śmieje się wręcz histerycznie. Popatrzył na nią zdziwiony.
- Słuchaj, nie obchodzi mnie, komu to obiecałeś, ale możesz mu powiedzieć, żeby zapomniał. – powiedziała. Niby się uśmiechała, ale jej głos wręcz ociekał jadem.
- Nigdy więcej nie czytaj mi w myślach. – wysyczał Teodor. Popatrzyła na niego kpiąco.
- Dobra, Nott. Odpuść sobie. Dobrze wiem, gdzie jest gabinet Snape ‘a, byłam tam nie raz. – mruknęła rozbawiona i nie czekając na reakcję Ślizgona po prostu poszła przed siebie. Ten tylko zazgrzytał zębami, ale nic nie powiedział. Zostawił ją samą, udając się w stronę Pokoju Wspólnego Ślizgonów.
    Kiedy Hermiona dotarła na miejsce miała złe przeczucia. Stanęła przed wejściem do gabinetu dyrektora i uniosła rękę. Zawahała się. Wcale nie chciała tutaj przebywać ani minuty dłużej, ale zdecydowanie nie potrzeba jej jeszcze większych kłopotów. Zapukała niepewnie. Bardzo długo nie dostawała odpowiedzi, a kiedy usłyszała „proszę”, zupełnie wyprane z emocji, po jej plecach przeszedł dziwny, nieprzyjemny dreszcz. Położyła trzęsącą się dłoń na klamce i nacisnęła ją z całej siły. Pchnęła drzwi.
    Od razu uderzyła w nią ciemność, panująca w środku. Musiała chwilę poczekać, żeby jej oczy przyzwyczaiły się do mroku, jaki ogarnął ją z każdej strony. Tak, jak już mówiła, nie była tutaj pierwszy raz. Jednak za każdym razem czuła się tutaj tak samo dziwnie. Pułki, wiszące na ścianach, na których znajdowały się książki, były w całości pokryte kurzem. Brak okien spowodował, że świeczka, stojąca na ogromnym biurku, wykonanym z czarnego drewna, wystarczyła tylko do oświetlania kartek, znajdujących się na blacie przedmiotu. Marmurowy kominek, znajdujący się po prawej stronie nie był nawet zapalony. Dookoła panował chłód.
     Miona otrząsnęła się ze swoich rozmyślań i podeszła do dużego, mocno zdobionego krzesła, ale nie usiadła na nim. Nawet, kiedy nauczyciel nakazał jej to gestem dłoni. Zrezygnowany westchnął i podniósł się. Zaczął chodzić w te i z powrotem, usiłując zebrać w głowie to, co chce powiedzieć. Na nic jednak mu się to zdało, ponieważ kiedy tylko popatrzył na jej butną twarz, zupełnie zapomniał swojej przemowy.
- Posłuchaj mnie uważnie, Granger. – zaczął po woli, żeby na pewno wszystko do niej dotarło. – Nie możesz się tak zachowywać i pokazywać Śmierciożercom wszystkich swoich słabych stron. – powiedział. Herm nie wytrzymała i zajęła siedzenie.
- Jak mam to zrobić? – zapytała niemalże rozpaczliwie.
- Wiesz, że oczekują ode mnie, żebym ciebie i twoje przyjaciółki jak najszybciej przetransportował do Voldemort ‘a? – zapytał po chwili milczenia. Popatrzyła na niego zdziwiona.
- Nie rozumiem. – odpowiedziała. Mężczyzna westchnął zrezygnowany. Czemu on zawsze musi wszystko wszystkim tłumaczyć od początku do końca?
 - Posłuchaj mnie uważnie. – zaczął. – Chodzi o to, że za kilka miesięcy będziecie musiały udać się do Malfoy Manor i wyciągnąć z Voldemort ‘a jak najwięcej informacji. Ma on niechlubny zwyczaj zwierzania się swoim ofiarom, co do których ma pewność, że umrą. – mruknął pod nosem, uważnie obserwując reakcję uczennicy. Nie był do końca pewny, czy dobrze zrobił mówiąc jej o tym teraz.
     Hermiona musiała to wszystko teraz przemyśleć, sama. Przeprosiła nauczyciela i opuściła gabinet. Na zewnątrz stał Nott, któremu najwyraźniej nakazano na nią czekać. Zupełnie nie zwróciła na niego uwagi. Po prostu szła przed siebie. Jedynym miejscem, jakie wpadło jej do głowy był Pokój Życzeń. Zawsze tam myślała i to w tym pomieszczeniu do głowy przychodziły jej najlepsze pomysły. Nie zamierzała teraz niczego zmieniać.
    Pchnęła wielkie drzwi, by po chwili znaleźć się w swoim pokoju, który spłoną razem z domem. Rzuciła się na łóżko, twarz wtulając w poduszkę. Znów cała odpowiedzialność spada na nią i dziewczyny. Przecież mają tylko szesnaście lat, nie mogą całej brudnej roboty brać na siebie! Takimi rzeczami powinni zajmować się dorośli. Dobra, może i są „najlepszymi czarownicami w Hogwarcie”, ale ludzie! Też chcą przeżyć tę wojnę.
    Obudziła się rano. Godzina była dosyć późna, więc na lekcje już nie pójdzie. Wyszła z Pokoju Życzeń i udała się do swojego Dormitorium. Po drodze oczywiście wytężyła wszystkie zmysły, żeby nie natknąć się na nikogo, kto pilnuje korytarzy w czasie lekcji i przerw. Niestety, wspaniałe szczęście Hermiony zawiodło ję prosto przed samego Amycus ‘a. Zaklęła cicho pod nosem i odwróciła się, żeby uciec. Na to, jednak już było za późno, bo poczuła stalowy uścisk na ramieniu, żeby sekundę później znaleźć się w pustej sali. Pisnęła przerażona, kiedy drzwi zamknęły się z głuchym trzaskiem. Usłyszała, jak nauczyciel rzuca na pomieszczenie zaklęcia.
- Teraz pokażę ci, kto rządzi w tej szkole! – warknął nauczyciel i pchnął Hermioną z całej siły.
     Dziewczyna wylądowała na posadzce, tłukąc sobie przy tym boleśnie kolana. Jęknęła cicho, ale nic nie powiedziała. Nie da temu bydlakowi żadnej satysfakcji. Poczuła, jak po jej ciele rozchodzi się fala niesamowitego bólu. Cruciatus. Nie zdążyła nawet obronić się przed nim szczęśliwym wspomnieniem, bo zaklęcie ustało. Siedziała na podłodze, opierając się rekami i trzymając spuszczoną głowę.  Jej spokój jednak nie trwał długo, ponieważ znów została zaklęta.
     Wiła się z bólu na podłodze, ku uciesze Carow ‘a. Kiedy tylko miała sobie przypomnieć dotyk Dracona zaklęcie ustawało, a ból przechodził. Nie wiedziała, co ma o tym myśleć. Przecież Syriusz i Remus powiedzieli, że ten sposób działa. Co prawda tylko u osób z niesamowicie silną wola, ale przecie już raz jej się udało. Może to przez to, że potrzebuje zbyt dużo czasu, żeby pozwolić szczęściu wypełnić całą siebie. Dlaczego, to wszystko, co może jej pomóc musi być takie trudne i przeważnie skomplikowane?!
- Dobrze, panno Granger. Teraz ja uciekam, ale zaraz po lekcjach wrócę do ciebie i mam nadzieję, że opowiesz mi o kilku ciekawych rzeczach. – mruknął, nie ukrywając ogromnej satysfakcji. Hermiona popatrzyła na niego spuchniętymi od płaczu oczami.
- Zabij mnie teraz, od razu, bo i tak ci nic nie powiem. – wysyczała w kierunku Śmierciożercy.
      Teraz już nie była tą Mionką, która po raz pierwszy przekroczyła mury Hogwart ‘u. Przerażoną, zdziwioną i zastraszoną wielkością szkoły. Po woli stawała się dojrzałą kobietą, która zdawała sobie sprawę z tego, jaką decyzję podejmuje. Ujrzała w oczach Carrow ‘a wściekłość. Nie obchodziło jej to jednak zupełnie. Liczyło się to, że pewność siebie do niej powraca.
- Severus przygotowuje świetne Veritaserum. – powiedział z wrednym, ohydnym dla szatynki, uśmiechem. Popatrzyła na niego z jadem, o jakiego sama siebie nie podejrzewała.
     Jednak nic już nie powiedziała, tylko lekko podniosła na ramionach, nie spuszczając wzroku z mężczyzny, który wyszedł z pomieszczenie. Usłyszała, jak rzuca zaklęcie na pomieszczenie, a później drugie. Zamknął ją tutaj i zadbał o to, żeby nikt jej nie usłyszał. Usiadła po turecku, ledwo powstrzymując jęk bólu, i zakryła twarz w dłoniach. Zdawała sobie w stu procentach sprawę z tego, że wygląda żałośnie, ale w końcu nikt jej nie widział. Jeżeli to ją bolało, jak bardzo cierpieć będzie, kiedy Voldemort postanowi się na niej wyżyć. Przecież ona tego nie przeżyje.
      Noc minęła jej dosyć spokojnie. Twarda podłoga nie była najbardziej wygodna, ale sen przyszedł do niej dość szybko, więc nie wytrzymała i zamknęła oczy. Ale to dobrze, bo wtedy nic jej nie bolało i mogła odpłynąć do świata, gdzie była tylko on i … Draco. Tak, właśnie dzięki temu beznadziejnemu Ślizgonowi wytrzymała najbardziej beznadziejną noc w życiu. W pewnym momencie usłyszała, jak ktoś mówi coś przez drzwi. Podeszła do nich w natychmiastowym tempie. Zaczęła nasłuchiwać.
- To mówicie, że Grenger od wczoraj nigdzie nie ma? – zapytał jeden głos. Zaczęła się mocno zastanawiać. Malfoy! Tak, to był na pewno on.
- Tutaj jestem kretynie! Jak raz chce, żebyś tutaj był, to cię nie ma! – wyłkała. Zaczęła tłuc pięściami w drewno.
- I to jest bardzo dziwne. – zaczął ktoś inny. Tym razem nie poszło jej już tak łatwo. – Ginny mówi, że nie pojawiła się od dwóch dni na lekcjach. – skoro ta osoba mówi o Gin, to to może być tylko Zabini.
- Wyciągnijcie mnie stąd i przydajcie się wreszcie na coś. – załkała wręcz w akcie desperacji. Nigdy nie myślała, że może błagać kogoś o pomoc, a już szczególnie takich typów, jak ta czwórka.
- Zapraszam do sali. – mruknął jeden z nauczycieli. To jest już koniec.
      Hermiona oparła się o drzwi i zsunęła po woli na podłogę, zakrywając twarz w dłoniach. Czyli, że jednak tak ma się skończyć jej przygoda. Wstrząsnął nią spazmatyczny szloch. Przecież miała pokazać, że nie jest gorsza od czysto krwistych czarodziei i pomóc uratować magiczny świat. Wyszło na to, że jest po prostu beznadziejna. Pozwoliła łzom popłynąć po jej policzkach. I właśnie wtedy to się stało. Usłyszała, jak ktoś wymawia zaklęcie. W ostatnim momencie zdążyła odskoczyć od drzwi, które rozpadły się na drobne kawałki. Podniosła głowę i ujrzała czterech Ślizgonów.
     Draco w trzech krokach był przy niej i przyciskał ją do swojej klatki piersiowej. Działał spontanicznie. Kiedy przyjaciele powiedzieli mu, że Hermiona zniknęła przeraził się. To nie był jeszcze ten czas, w którym mieli upozorować jej porwanie. Równie dobrze jakiś pierwszy lepszy Śmierciożerca mógł wejść na teren Hogwartu i naprawdę zrobić jej krzywdę. Właśnie tego zupełnie nie był w stanie pojąć. Czego? Otóż od kilku dni, dokładnie od pamiętnej wizyty Snape ‘a, nie może przestać myśleć o brązowowłosej. Cały czas zastanawiał się, co dziewczyna może robić i czy jest w miarę bezpieczna.
- Wszystko w porządku? – zapytał, kiedy poczuł, jak porusza się niepewnie w jego ramionach. Nic nie odpowiedziała, tylko przytaknęła niepewnie głowa. Bała się. Był tego w stu procentach pewny. Westchnął i wziął ją na ręce, po czym skierował się w stronę Wierzy Gryffonòw. Wiedział, że nie jest tam mile widziany, ale na jego szczęście wszyscy przebywali aktualnie na lekcjach.
      Kiedy jej ciało dotknęło posłanka jęknęła cicho z bólu. Każdy mięsień, nawet te, o których istnieniu nie miała białego pojęcia, niemiłosiernie piekły. Popatrzyła w stalowe tęczówki Dracona swoimi, przepełnionymi cierpieniem i cichą prośbą o pomoc. Widziała, jak wyraz jego twarzy łagodnieje, a zaraz potem znika maska chłodnego chama. Byli sami w pokoju, co zapewniało im więcej prywatności. Ślizgon postanowił z tego skorzystać i przytulił ją do siebie po raz kolejny tego dnia.
- Od kiedy przytulasz Szlamy? – zażartowała Hermiona, pociągając nosem. Młody Śmierciożerca zaśmiał się. Jednak nie tak, jak zawsze. To był zupełnie naturalny śmiech, aż sam się zdziwił, że potrafi okazywać radość.

- Oj Granger, Granger. Nie marudź. – powiedział. Jego wyraz twarzy diametralnie się zmienił znów był chłodny i nieprzystępny. – Muszę ci coś powiedzieć. – zaczął, biorąc głęboki oddech. – To, co teraz powiem nie będzie przyjemne ani dla ciebie, ani dla mnie. Jednak musisz mnie wysłuchać i nie przerywać mi. – zastrzegł, kiedy dziewczyna otwierała usta. – Snape pewnie już ci powiedział, jakie zamiary względem ciebie i twoich przyjaciółek mają Śmierciożercy. - przytaknęła. – Ja mam ci tylko przekazać, kto was porwie. Otóż na pewno przyjdzie Bellatrix, która zostanie „kapitanem” całej akcji. My was mamy zabrać do siedziby. – zakończył. Hermiona dobrze zrozumiała każde słowo i wiedziała, o kogo chodzi, kiedy Draco mówił „my”.