wtorek, 31 grudnia 2013

Prolog Części Drugiej "II Bitwa o Hogwart": "Razem jesteśmy mądrością i siłą."

Kolejny prolog tej historii :)
Mam nadzieję, że ten blog będzie miał tak samo wielu czytelników, jak poprzedni.
Pozdrawiam i życzę Szczęśliwego Nowego Roku ;)
enjoy, Cave
_________________________________________

     Hermiona, Ginny, Pansy i Luna siedziały w dużym pomieszczeniu, które znajdowało się w głównej siedzibie Zakonu Feniksa. Właśnie odbywało się ostatnie zebranie, przed pierwszym września. Wszyscy bali się tego, co nastąpi. Całe dwa miesiące przygotowywali się do rozpoczęcia roku szkolnego. Musieli zapewnić jak największe bezpieczeństwo tym, którzy zdecydują się kontynuować naukę.
     Profesor Snape również tam był. Siedział w fotelu i prawie w cale się nie odzywał, tylko obserwował. Miał on pełnić rolę szpiega w zastępach Czarnego Pana. Już wszyscy wiedzieli, że to właśnie on zabił profesora Dumbledore ‘a, ale po odczytaniu jego testamentu wiedzieli, że Albus sam go o to poprosił. Mimo wszystko Harry, Ron i Sophie nie mogli się z tym pogodzić.
     Cztery przyjaciółki odbyły przez te wakacje dużo kursów. Między innymi teleportacji. Miało to służyć temu, aby mogły samodzielnie się bronić. Zakon wiedział, jaka jest sytuacja Hermiony i prosili ją, żeby nie jechała do Hogwart ‘u, ale ona była nieugięta. Wiedziała, że w szkole czeka na nią cała banda Śmierciożerców, ale nie mogła im pokazać, że jest tchórzem. Jej gryfońska duma za bardzo ucierpiałaby na tym.
    Siostry Granger wróciły do domu. Od razu udały się do pokoju Sophie. Musiały przedyskutować kilka bardzo ważnych spraw. Rozsiadły się na łóżku blondynki. Na początku żadna nie wiedziała, od czego ma zacząć. Błądziły myślami gdzieś daleko. Bały się, obie tak cholernie się bały. Hermiona nieświadomie chwyciła rękę swojej siostry. Ta w odpowiedzi mocniej ją ścisnęła. Obie cały czas patrzyły w przestrzeń, jaką miały przed sobą.
- Sophie, co zrobimy? – zapytała lekko załamującym się od nadmiaru emocji, kumulujących się w niej, Hermiona. – Z tym wszystkim. – dodała po chwili namysłu.
- Nie wiem. – wyszeptała starsza siostra. – Po raz pierwszy w życiu nie mam pojęcia, jak mam postąpić. – mówiła cały czas, a z oczu zaczęły spływać jej łzy. – Tutaj nie a się nic wziąć na logikę. Jestem bezsilna.
- Najważniejsi są teraz rodzice. Myślisz, że Śmierciożercy będą chcieli im coś zrobić? – zapytała nieśmiało Miona.
- Jestem więcej, jak pewna. – odrzekła Sophie. – Popatrz. Ja należę do Złotej Trójki. Znam wszystkie tajemnice Wybrańca. Mogłabym wskazać Riddle ‘owi wszystkie jego słabe punkty. Ty jesteś jedną z czterech najpotężniejszych czarownic, które ogromną siłę zdobyły w tak młodym wieku. Należysz do Czwórki Marzeń*. Razem jesteśmy mądrością i siłą. Niepokonane, jeżeli działamy wspólnie. Voldemort, mimo tego, że jesteśmy Szlamami, zrobi wszystko, żebyśmy działały na jego korzyść. – wyjaśniła. – Myślisz, że nie byłby w stanie porwać mamy i taty, żeby mieć nad nami kontrolę? – zakończyła kpiącym tonem, ale i równocześnie przepełnionym niesamowitą rozpaczą głosem.
   Popatrzyła załzawionymi oczami na młodszą siostrę. Hermiona przetwarzała w myślach wszystko to, co powiedziała jej przed chwilą Sophie. Miała rację. Jeżeli ktoś ma przesądzić o losach bitwy, działając razem, to tylko one. Voldemort na sto procent spróbuje je złapać. Niebezpieczeństwem byłoby przebywać teraz razem. Ułatwiłby mu tylko w ten sposób złapanie ich. Nie mogą do tego dopuścić.
- Będziemy musiały się teraz rozstać na czas bitwy, prawda? – zapytała Miona, a w jej oczy zalśniły się niebezpiecznie. Bała się odpowiedzi.
- Jeżeli chcemy, żeby wszystko potoczyło się po naszej myśli, to tak. Zdecydowanie nasze drogi będą musiały rozejść się na jakiś czas. – odpowiedziała stanowczo, pewna tego, co mówi. Odwróciła spojrzenie, wracając do obserwowania bezgranicznej przestrzeni za oknem.
   Dzisiejszy dzień, trzydziesty sierpnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego siódmego roku, był ponury, deszczowy, przytłaczający. Idealnie odzwierciedlał to, co działo się w duszach wielu angielskich czarodziei. Strach przed utratą bliskich, obawa przed nadchodzącym jutrem, niepewność co do swojego postępowania, niezdecydowanie, po której stronie powinno się stanąć, ale co najważniejsze, pieprzona niemoc, zakorzeniona gdzieś głęboko w ich umysłach. Niemoc, powodująca gniew, który nigdy nie był dobrym doradcą odnośnie dalszego postępowania.
- Wymażemy im pamięć. – wypaliła ni z tego, ni z owego Hermiona. Sophie popatrzyła na nią zdziwiona. Siostra wyciągnęła ją ze swojego rodzaju letargu, więc nie do końca rozumiała, o co jej chodzi. – No rodzicom. Niech myślą, że nie mają dzieci. Podłożymy im fałszywe bilety na samolot. Będą uważać, że są podróżnikami, którzy chcę zwiedzić cały świat. – wytłumaczyła, spoglądając na Soph. Blondynka spuściła wzrok na ich splecione dłonie i zaczęła mocno się zastanawiać.
- To zawsze było ich największe marzenie. Obejrzeć wszystkie zakątki Ziemi. – mruknęła pod nosem. – Robili to, ale w końcu urodziłam się ja.
- A rok później ja. – zakończyła za siostrę Miona. Popatrzyły sobie głęboko w oczy.
- Wiesz, że możemy ich już potem nigdy nie odzyskać? – zapytała blondynka.
- Nie mamy innego wyjścia. – odparła.
    Obie nie chciały tego w takim samym stopniu, a jedna bardziej od drugiej. Wiedziały jednak, że tylko w ten sposób mogą uratować rodziców. Sophie podniosła się i, nie puszczając dłoni siostry, udała się z nią do salonu, wcześniej podając dwie spakowane torebki z wszystkimi ich rzeczami. Mama i tata siedzieli tam, oglądając telewizję. Jednak, kiedy usłyszeli ruch, odwrócili się w stronę wejścia do pomieszczenia. Gdy zauważyli swój córki na ich twarze wpełzły szerokie uśmiechy, ale szybko zostały one zmienione w grymasy przerażenia. Tak, Sophie uniosła w ich kierunku różdżkę. Powiedziała bezgłośnie, poruszając tylko ustami, „przepraszam”.
- Obliviate. – wyszeptała zaklęcie. Źrenice państwa, od teraz, Thomson pomniejszyły się i zaszły mgłą.
     Dziewczęta patrzyły ze łzami w oczach i bólem, rozrywającym ich serca od środka, jak znikają z rodzinnych fotografii. W ten właśnie sposób, za pomocą jednego uroku, jedynego, niby nic nieznaczącego słowa, zniknęły ze świata Mugoli. Już tam nie istniały.

Wyszły przed dom. Sophie ubrana w ciemne dżinsy z wysokim sanem, szary sweter z Kermitem, czarne, wysokie kozaczki i tego samego koloru szalik. Na to nałożyła ciemnoszary płaszczyk (>KLIK<). Hermiona wyglądała zupełnie inaczej. Do czarnych, dziurawych spodni dobrała tego samego koloru skórzaną kurtkę i buty sportowe oraz białą, luźną koszulkę i szarą bluzę z myszkę miki, a ponieważ było dość chłodno, dobrała do tego taki sam szalik, jak miała Sophie (>KLIK<). Złapały się za ręce i przeteleportowały do Nory. Właśnie zaczynała się wojna.
____________________________________
* Czwórka Marzeń - określenie Pansy, Hermiony, Ginny i Luny. Tak, jak Złota Trójka ;)