piątek, 3 stycznia 2014

Rozdział Drugi: „Ile można być (…) oparciem dla wszystkich?”

Hej, hej i czołem!
Jak już pewnie zauważyliście publikuję rozdział number dwa. 
Nudziło mi się dziś na lekcjach, to se takiego rozdziała walnęłam xd
Dobra, nie zanudzam. Chciałam tylko poinformować, że zmieniłam ustawienia komentowania - nie ma już weryfikacji obrazkowej, a opinię po sobie mogą zostawiać również anonimy.
Pozdrawiam,
Cave.
P.S. Wytłumaczy mi ktoś, kto to Herman? On jakiś zły podobno był.
_________________________________________

      Hermiona siedziała w jednej z kabin łazienki mugolskiego centrum handlowego. Spędziły tutaj, tak jak planowały, cały wczorajszy dzień i teraz szykują się na pociąg. Miona założyła na siebie dżinsowe spodnie, top na ramiączkach z flagą Wielkiej Brytanii, białe tenisówki, niebieską bluzę i, ponieważ nie było bardzo zimno, czarną wiatrówkę. Różdżkę tradycyjnie schowała za pasek, a na głowę naciągnęła kaptur. Włosy, które całkowicie wyprostowała za pomocą zaklęcia, związała w kucyk i ułożyła tak, żeby spływał jej po lewym ramieniu. Włożyła pomniejszoną torebkę do kieszeni po czym opuściła kabinę.
     Kiedy umyła ręce spojrzała na przeszkloną szybę na zegar. Dziewiąta, powinny już się zbierać. Wyszła przed toalety i ujrzała trzy swoje przyjaciółki. Uśmiechnęła się do nich delikatnie, po czym ruszyły do wyjścia. Oczywiście najbardziej ubolewała nad tym, że muszą już iść, Ginny. Ruda zdążyła pokochać wszystkie sklepy z ubraniami mugolskich projektantów. Stwierdziła, że mogłaby tutaj zamieszkać na stałe.
      Udały się w jakiś ciemny zaułek. Postanowiły, że nie będą marnować czasu i teleportują się prosto na peron 9 i ¾. Tak też zrobiły. Złapały się za ręce i po chwili znikły z głuchym trzaskiem. Hermiona modliła się w myślach do Merlina, żeby wszystko poszło zgodnie z planem i wojnę wygrała ta dobra strona.
    Ich stopy w końcu stanęły na twardym podłożu. Miona rozejrzała się dookoła. Na stacji znajdowało się już całkiem sporo uczniów. Zauważyła Neville ‘a, żegnającego się z babcią, Lavender, wymieniającą ostatnie uściski z matką, Padmę i Parvati, machające na pożegnanie swoim rodzicom … Można by tak wymieniać jeszcze chwilę. Jednak najbardziej zdziwiła ją obecność trzech chłopaków. Tak, właśnie Ślizgonów. Brakowało tylko jednego z nich, co było całkiem niepokojące. Szczególnie zważając na to, że zgubą był Malfoy. Co ta tleniona fretka kombinuje?
- Chodźcie, idziemy zająć wolny przedział. – zarządziła Ginny i ruszyła w kierunku pociągu.
   Jej przyjaciółki zrobiły to samo. Jakie było ich zdziwienie, kiedy zamiast kilku osobnych, zobaczyły jedno, duże na cały wagon, pomieszczenie, gdzie siedziało już kilkoro uczniów. Niechętnie zajęły stolik, przeznaczony dla czterech osób. Miały porozmawiać na temat obecnego roku w Hogwarcie, a tutaj nie mają szans na anonimowość, a przede wszystkim zapewnienie, że nikt nie dowie się o ich członkostwie w Zakonie Feniksa. To byłby dla nich koniec.
   Były już w połowie podróży do Hogwartu, kiedy pociąg „odwiedziła” dwójka Śmierciożerców. Bracia, Alecto i Amycus Carrow. Zaczęli rozglądać się po przedziale. Przyjaciółki skuliły się w sobie, żeby tylko ich nie zauważyli. Niestety, po tym jak na ich usta wkradły się wredne uśmiechy, zaczęli kierować się w ich stronę. Hermiona zaklęła szpetnie pod nosem. No to spokojna podróż właśnie posła się kochać.
- Proszę, proszę. Kogo my tu mamy. Czyżby to nie znana nam wszystkim Czwórka Marzeń? – zakpił Alecto.
- Proszę, proszę. Kogo my tu mamy. Czyżby to nie pachołki Voldemort ‘a? – Ginny dobrze wiedziała, jak dużo ryzykuje. Jednak o to właśnie chodzi. Nie pokazywać im wszystkim, że się boją.
- Jak śmiesz, brudna Zdrajczyni Krwi, wymawiać jego imię? – wybuchł drugi. Hermiona zaczęła się śmiać, aby później wyraz jej twarzy stał się całkiem obojętny. Popatrzyła na nich z nienawiścią i pogardą.
- Imię, jak imię. – odpowiedziała. Niestety, od razu tego pożałowała.
    Poczuła tylko, jak jeden ze Śmierciożerców wyciąga ją na środek wagonu. Opadła na kolana, nie zdolna, żeby utrzymać równowagę po dosyć mocnym szarpnięciu, jakie zostało jej zafundowane przed chwilą. Jęknęła cicho. I wtedy się zaczęło. Po jej ciele rozeszła się niesamowita fala bólu. Położyła się na podłodze, nie panując nad drżeniem swojego ciała. Właśnie dostała Cruciatusem. Na początku krzyczała, wiła się i płakała. Błagała całą sobą o to, aby przestał. Jednak powoi starał się to w sobie opanować. Tak, jak nauczył ją tego Syriusz.
     Skupiła się na najszczęśliwszym wspomnieniu i pozwoliła, żeby jego radość wypełniła ją całą. Wróciła myślami do momentu, kiedy Draco obejmował ją na polanie, gdy oboje byli nieprzytomni. Nie okazywał jej wtedy odrazy względem jej osoby. Gdzieś w środku liczyła na to, że ją akceptował taką, jaką jest. Nie potrzeba było im słów, żeby się zrozumieć. Po prostu pierwsze było wsparciem dla drugiego, a drugie dla pierwszego. W milczeniu poznawali siebie.
    To jej pomogło. Czuła, jak odzyskuje władze nad swoim ciałem, a ból, związany ze skutkami uroku, po woli przestaje być aż tak ogromny i w końcu zanika całkiem. Uniosła się wolno, żeby nie zrobić sobie krzywdy (bądź co bądź, całkiem długo znajdowała się pod wpływem zaklęcia) i usiłowała przywrócić normalny oddech. Zamknęła oczy i wytarła policzki wierzchem dłoni.
- Nigdy więcej nie waż się podnosić na mnie różdżki, plugawy Śmierciożerco. – mruknęła pod nosem, spluwając krwią, która wypłynęła z przegryzionych warg.
     Amycus popatrzył na nią zdziwiony. Jeszcze nigdy, żadna ofiara nie wygrała z urokiem, rzuconym właśnie przez niego. Co on gada?! Jeszcze żadna ofiara nigdy nie wygrała z Cruciatusem, a ta mała Szlama od tak warczy na niego. Jej niedoczekanie! Ona jeszcze go popamięta.
    Hermiona podniosła nienawistne spojrzenie na przybyszów. Zobaczyła, jak zabijają ją wzrokiem. Tak, zdecydowanie się nie polubią. Jednak gorsze było to, że czuła gdzieś w środku, że oni zostaną nowymi nauczycielami. Nie miała pojęcia od czego, ale to nie było ważne, a to, że będzie musiała ich teraz widywać na co dzień. Podniosła się i od razu zachwiała na nogach. Nieprzyjemny prąd zawładną wszystkimi jej kończynami. Utrzymała pion i podeszła do przyjaciółek, od razu opadając na siedzenie. Jęknęła, kiedy jej obolały tyłek zderzył się z dość twardym siedzeniem. Oparła głowę o zagłówek i zamknęła powieki.
- Wszystko w porządku, Hermiono? – zapytała niepewnie Ginny. Hermiona, nie otwierając oczu poruszyła się nieznacznie. Jednak nie zmieniła swojej pozycji.
- Wiesz, wbrew pozorom czuję się całkiem dobrze. – odpowiedziała, a na jej twarz wpłynął delikatny uśmiech.
    Trójka Ślizgonów przyglądała się czwórce dziewcząt. Bleise Zabini hamował się z całej swojej silnej woli, żeby nie przywalić Śmierciożercy, który zwyzywał jego ukochaną Ginny. W myślach widział, jak mężczyzna leży na podłodze i błaga go o litość. Nienawidził tego gościa! A sama myśl, że będzie musiał się z nim użerać przez najbliższe kilka miesięcy przyprawiała go o odruch wymiotny. Reszta jego przyjaciół miała bardzo podobne odczucia, ale żaden z nich musiał się powstrzymywać aż tak, jak Diabeł.
     Reszta drogi minęła im w miarę normalni i bez większych komplikacji. Gdy wreszcie dotarli na miejsce Hermiona poczuła się bardzo dziwnie. Dookoła niej nie było żadnego czarodzieja, ani czarownicy, której krew nie byłaby choć w połowie czysta. To dziwne, ale jej poczucie wartości nagle drastycznie spadło. Spuściła wzrok i otuliła się ramionami. Luna, jakby odczytując myśli Hermiony, przytuliła się do jej pleców. Miona nie czekając długo dotknęła jej dłoni. Właśnie takie, drobne gesty budują przyjaźń Czwórki Marzeń.
    Zaczęła się kolacja na rozpoczęcie nowego roku szkolnego. Uczniowie siedzieli przy stołach swoich domów. Jednak czegoś tym razem brakowało. Jedzenie leżało już na stołach, więc to na pewno nie było to. Nauczyciele siedzieli przy stołach i rozmawiali. Z resztą, gdyby któregoś z nich zabrakło, to pewnie i tak nikt nie zwróciłby na to uwagi. W końcu to tylko nauczyciele. Wszystkie dekoracje wisiały i ozdabiały Wielką Salę.
     A może to po prostu brak wesołych rozmów ze strony uczniów. W pomieszczeniu nie czuć było tej radości, którą Hermiona widziała we wszystkich osobach, które uczyły się w Hogwarcie. Zapanował wszechogarniający smutek, cierpienie, strach o to, czy jutro nadejdzie. Nikogo nie było nawet stać na delikatny uśmiech. Twarze zgromadzonych były wręcz sztuczne, bez wyrazu. W końcu Snape podniósł się i z dumnie uniesioną głową poszedł do mównicy.
- Witam wszystkich. Nie będziemy się za bardzo rozciągać z przemową. Uwierzcie, że nie chcę być tutaj tak samo bardzo, jak wy. Tak, więc. Nowymi nauczycielami zostają Amycus Carrow, który nauczać was będzie Obrony Przed Czarną Magią oraz Alecto Carrow, wykładający Mugoloznawstwo. Do Zakazanego Lasu wstęp jest surowo zakazany. Również w kwestii włóczenia się po korytarzach po godzinie dwudziestej drugiej, kiedy to Prefekci będą patrolować korytarze. Mam nadzieję, że się zrozumieliśmy. Proszę teraz profesor McGonagall o wprowadzenie Pierwszorocznych na Ceremonię Przydziału. – zakończył i udał się na swoje miejsce.
    Hermiona w tym momencie się wyłączyła. Podparła brodę o pięść i odpłynęła. Zaczęła zastanawiać się nad tym, co może dziać się u pewnego blondyna. Gdzie teraz jest, co robi, czy jest bezpieczny? Zaśmiała się z własnej głupoty. W czasach, kiedy wszędzie panuje strach i obawa o to, czy nadejdzie jutro, ona ,myśli o jakimkolwiek bezpieczeństwie. Rozejrzała się po raz kolejny tego wieczora po sali. Nawet Ślizgoni byli jakby przygnębieni.
- Chciałem wam ogłosić jeszcze jedno. Do Dormitoriów zawsze odprowadzać was będą Prefekci, a na lekcje nauczyciele. Jeżeli ktokolwiek w przerwach międzylekcyjnych wałęsał się będzie gdzie indziej niż po Pokoju Wspólnym, to zostanie surowo ukarany. – zakończył. Jak w więzieniu. – przeszło Hermionie przez myśl.
     Draco stał w salonie swojego domu, który był specjalnie przygotowany dla Czarnego Pana i jego sługusów. Na środku pomieszczenia leżała jego nauczycielka od Mugoloznawstwa. Zwijała się, wyła i błagała o litość. Krzyczała w spazmach, żeby ją zabili, tylko nie kazali już cierpieć. Najgorsze było to, że Dracon widział w jej oczach, że mówi prawdę. Jeszcze nigdy nie zaznał widoku, gdy ktoś woli wybrać śmierć od życia. Nie wyobrażał sobie jak bardzo musi cierpieć. W pewnym momencie Voldemort spojrzał prosto w jego oczy. Nie zobaczył w nich nic – tyle, ile wymagał od swoich sług.
- Draco, ty pewnie też chciałbyś się zemścić na niej za to, że naopowiadała ci przez tak wiele lat tyle kłamstw o Szlamach. – powiedział swoim, na pozór spokojnym, głosem. Po plecach Ślizgona przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Wycelował różdżką prosto w kobietę. Ostatnim, co zobaczył, zanim wypowiedział formułkę, były załzawione oczy profesorki. Jak bardzo nie chciał tu być.
     Hermiona siedziała w ławce i słuchała wykładu nowego profesora od Mugoloznawstwa. Czuła, że jeszcze chwilę posłucha tych bajek i nie wytrzyma. Ginny, Luna i Pansy również ledwo się powstrzymywały, ale nie musiały aż tak bardzo, jak ich przyjaciółka. Jej spojrzenie ciskało piorunami, włosy naelektryzowały się, a usta ścisnęły w wąską kreskę. Ręce skrzyżowała na wysokości piersi, a nogi wyprostowane, tylko kostki założone na siebie. Poruszała się niecierpliwie do przodu i tyłu, w myślach dochodząc już w liczeniu do stu dwudziestu. Od początku lekcji nic nie robiła, oprócz zabijania Carrow ‘a wzrokiem i rzucania w niego obelgami. Oczywiście jeszcze nie wypowiadała ich na głos, bo dłoń Ginny hamowała jej temperament. Dziękowała przyjaciółce za ten gest, bo czuła w środku, że gdyby nie to, już dawno zostałaby odtransportowana do Askabanu przez grupę specjalnych Aurorów.  Zarzucanym przestępstwem byłoby brutalne pobicie, a później – w skutek obrażeń - śmierć.
- Zapamiętajcie również, że to właśnie Mugole rozprzestrzenili zarazę, nazwaną czarną ospą, wśród Czarodziei w tysiąc pięćsetnym roku. – tego dla dziewczyny było za wiele. Podniosła się jednym, zgrabnym ruchem z siedzenia i po prostu wyszła z sali.
    Nie udała się do Pokoju Wspólnego tak, jak nakazywał nowy regulamin. Postanowiła, że oleje go po całości, nie zważając na późniejsze konsekwencje. Kierowała się cały czas w stronę Zakazanego Lasu. Tak, właśnie w tym momencie zamierzała złamać z pół szkolnych zasad i pokazać im wszystkim, że będzie robić to, na co ma ochotę. Gdzie chce i kiedy chce.
    Zatrzymała się dopiero przy granicy lasu z Błoniami. Usiadła pod największym drzewem, podciągnęła kolana pod brodę i schowała między nimi głowę. Wreszcie mogła dać upust emocjom. To dopiero pierwszy dzień szkoły, a ona ma już serdecznie tego wszystkiego dosyć. Słone łzy zaczęły spływać po rozpalonych i zaróżowionych od szybkiego marszu, policzkach. Ile można być tą, która zawsze się uśmiecha, potrafi odpyskować na każdą zaczepkę, jest oparciem dla wszystkich? Jak długo można znieść ciężar odpowiedzialność, kiedy jest się uważaną za tą „najodważniejszą”? No właśnie, Hermiona już za długo taka była.
    Kiedy zrobiło się całkiem ciemno postanowiła, że już powinna wrócić. I tak ma pewnie całkiem przerąbane. Nie musi pogarszać swojej sytuacji jeszcze bardziej. Weszła na puste korytarze starego zamku. Rozejrzała się dookoła. Ta pustka była wręcz przytłaczająca. Słyszała każdy jeden szmer, uderzenie podeszew o posadzkę rozchodziło się echem, odbijając od kamiennych ścian, wszystko było oświetlone jedynie ogniem pochodni, które mimo wszystko, zostały zapalone. Weszła na ruchome schody i jak najszybciej dobiegła do swojego piętra. Stanęła przed Portretem Grubej Damy. Wypowiedziała hasło. Na szczęście tym razem obyło się bez żadnych tłumaczeń, pouczeń i bezsensownej krytyki pod jej adresem. Dziękowała za to obrazowi w duchu. Czuła, że jej skołatane nerwy jeszcze nie zdążyły dość do siebie i może w każdej chwili wybuchnąć.
    Na kanapach w Pokoju Wspólnym siedziało wielu uczniów. Każdy z nich dyskutował. Jednak coś tu było nie tak. Żadnego śmiechu, żartów, tylko smutek i monotonia. Hermionie wydawało się, że jedynym wesołym w pomieszczeniu był trzaskający w kominku ogień. To nie jest ten Gryffindor, który pokochała od pierwszego dnia w szkole. Teraz atmosferę w nim panującą można porównać raczej do tej, która panuje na stypach po pogrzebach.
   Pokręciła zrezygnowana głową, spuściła głowę i ruszyła do Dormitorium. Tam nic tak naprawdę nie różniło się od salonu. Ginny leżała na łóżku Miony i wpatrywała się w sufit. Lav z Katie przeglądały jakiś kolorowy, magiczny magazyn i dyskutowały na temat ubioru gwiazd. Rzuciła torbę w kąt. Nie miała ochoty na nic. To, co się teraz dzieje zupełnie pozbawia jej radości. Postanowiła, że się wykąpie. Może to chociaż trochę przywróci jej humor.
    Draco leżał na łóżku w swoim pokoju i pustym wzrokiem śledził sufit. Czuł się wręcz tragicznie. Sumienie wręcz go paliło. Dlaczego? Otóż jeszcze, nie dłużej, jak pół godziny temu torturował swoją dawną nauczycielkę. Musiał udawać, że sprawia mu to niesamowitą przyjemność. Było to o tyle trudne, o ile tak naprawdę czuł wstręt do wszystkich Śmierciożerców, który śmiali się wesoło, jak gdyby nic. Piętnaście minut później, Snape, łaskawie się zjawił, pooglądał, jak wielki wąż wpieprza martwą kobietę, poopowiadał jakieś bajki Czarnemu Panu i wziął się za rozmowę z nim. Oczywiście pomieszczeni, w którym przebywali było odcięte od świata w każdy możliwy sposób, za pomocą każdego zaklęcia, jakie mogło tylko po to właśnie istnieć. Poinformował go, że najprawdopodobniej za dwa, góra trzy miesiące sprowadzi tutaj nikogo innego, jak Granger, żeby Śmierciojadki mogły się powyżywać na Szlamie. Oczywiście on sam również będzie musiał w tym uczestniczyć, mało tego! Snape sprowadzi do tego gówna, nazwanego siedzibą główną, również jego przyjaciół, żeby nie wzbudzali żadnych podejrzeń. A i jest jeszcze jedna sprawa. Oni będą musieli pomóc Granger i jej przyjaciółkom w wyciągnięciu z Voldka jak największej ilości informacji na temat jego genialnego planu! No po prostu żyć nie umierać!
    Chłopak przetarł twarz dłońmi i westchnął w geście rezygnacji. Nie miał już siły. Jeżeli on przeżyje tę wojnę to będzie żył długo. Nie wie, czy szczęśliwie, ale na pewno bardzo długo. Podniósł się z łóżka, po czym udał do łazienki. Od jakiegoś czasu kąpiel jest jedyną rzeczą, dzięki której może chociaż na chwilę zapomnieć o wszystkich swoich dręczących problemach. To już chyba podchodzi pod paranoję.
    Cały Hogwart siedział w Wielkiej Sali na kolacji. Cisza panująca dookoła była wręcz przytłaczająca, na niczym nie można się było przez nią skupić. Hermiona praktycznie nie tknęła swojej porcji. Tylko grzebała w niej widelcem. Zupełnie straciła ochotę na jakikolwiek posiłek. Ginny próbowała ją pocieszyć, ale efektem jej starań było to, że zaczęła rzucać wściekła na wszystko i wszystkich. Oczywiście nie dlatego, że Ruda chciała pomóc. Może źle się wysłowiłam. Po prostu ich dwie współlokatorki stwierdziły, że nie ma czym się ekscytować, bo nowi nauczyciele przecie nie powinni kłamać i Hermiona powinna trochę zluzować. Amunicjom stało się wszystko to, co miała pod ręką, a o obiektach chyba nie muszę się wypowiadać.
    W pewnym momencie przed nią stanął nie kto inny, jak sam dyrektor. Miona nie mogła na niego patrzeć. Niby taki uczynny dla Zakonu, a brata się ze Śmierciożecami. Żenada. Jej rozmyślania przerwał głos mężczyzny.

- Proszę, żeby panna Granger pojawiła się u mnie w gabinecie zaraz po kolacji. Odprowadzi panią jeden z Prefektów Naczelnych. – poinformował, po czym odszedł. Gryfonka zacisnęła pięść na widelcu. Oboje naczelni są Ślizgonami, będzie wesoło.