poniedziałek, 13 lipca 2015

Rozdział Siedemnasty: " [...] nie jesteś nawet jej marną poróbką."



 Możecie być na mnie wściekli i zjechać mnie za wszystko od początku do końca - nic nie powiem.
Możecie tego nie czytać, albo powiedzieć, że jak na tak długa przerwę oczekiwaliście czegoś więcej - w cale nie będę miała o to pretensji.
Wiem, że po całości zawaliłam sprawę i że zwykłe przepraszam nie wynagrodzi wam tego, jak długo musieliście czekać na nowy rozdział, a teraz publikuję coś tak fatalnego. Prawda jest taka, że wściekłam się po tym, jak Word usunął mi całe opowiadanie od początku, bo rzekomo "było szkodliwe dla komputera". Olałam sprawę i dopiero teraz udało mi się odtworzyć rozdział, ale nawet w połowie nie podoba mi się tak jak tamten usunięty.
Prawda jest taka, że zamierzam skończyć z pisaniem fanfiction i zamierzam w końcu zacząć publikować 'coś swojego'. Nie wiem, ile jeszcze zajmie mi zamknięcie wszystkich spraw, związanych z tym, co teraz zrobię. Może rok, może trochę więcej. Postanowiłam po prostu doprowadzić wszystko do końca i dopiero wtedy zacząć myśleć nad czymś innym.
Nie zanudzam już was, bo wiem, że to i tak bez sensu.
Dobranoc,
Cave xoxo
__________________________________


         Hermiona już od kilku godzin biegała w tę i z powrotem, starając się jak najbardziej pomagać członkom Zakonu Feniksa. Z przyjaciółkami rozdzieliła się już dawno temu, nie miały innego wyboru. Mocny wybuch spowodował, że jedna z kamiennych ścian rozsypała się i musiały przednią uciekać, w efekcie czego już później się nie odnalazły. Miona nawet nie próbowała tego zrobić. Wiedziała, że to bez sensu. Zamieszanie na dziedzińcu było za duże, żeby miały na to jakiekolwiek szanse.

         Zmęczona ciągłą walką nie tylko ze Śmierciożercami, ale i z samą sobą, szatynka usiadła pod ogromnym kamieniem. Wiedziała, że nie powinna była tego robić, bo gdyby jeden z wrogów natrafił na nią, to nie miałaby szansy na ucieczkę, ale nogi powoli odmawiały jej posłuszeństwa. Nie miała już siły. Serce biło jak oszalałe, boleśnie obijając się o klatkę piersiową, a płuca piekły od przyspieszonego oddechu, jakby za chwile miało je rozerwać. Przełknęła ślinę, krzywiąc się mocno, ponieważ suche od kurzu, unoszącego się w powietrzu, gardło sprawiało wrażenie, jakby ktoś wbijał w nie miliony szpilek. Mocniej zacisnęła palce na różdżce, nieznacznie wyglądając ze swojego schronienia. Musiała być nadzwyczajnie ostrożna.

          Poczuła ukłucie w piersi, kiedy zobaczyła stosy martwych ciał i ruiny, jakie pozostały po jej ukochanej szkole. To właśnie w tym zamku przezywała zarówno swoje najszczęśliwsze jak i najgorsze momenty życia. To tutaj poznała swoje najlepsze przyjaciółki oraz jak się później okazało, miłość. Powstrzymała gorzkie westchnienie na samo wspomnienie o Draco. Chciałaby, żeby teraz był tutaj, obok niej i wspierał ją najlepiej jak tylko potrafi.

         Była pełni świadoma tego, że jest samolubna. Przecież chłopak mógł potrzebować pomocy z poważniejszego powodu niż głupia samotność, ale nie potrafiła zmienić swojego toku myślenia. W końcu wojna jest takim czasem, podczas którego należy najbardziej bać się o siebie, a nie o wszystkich dookoła. Uderzyła głową w kamień, który miała za sobą. Zdecydowanie zbyt długo przebywała ze Ślizgonami i niestety, dziewczynie udzieliło się ich bezsensowne myślenie. Była Gryffonką, do jasnej cholery! Przede wszystkim powinna martwić się o swoich przyjaciół, a dopiero w drugiej kolejności o siebie.

         Powoli wysunęła się ze swojego schronu i mieszając sie z tłumem walczących ludzi, ruszyła w kierunku wnętrza ruin. Zdziwiło ją to, że Harry, Ron, albo Sophie tak długo stamtąd nie wychodzą. Na pewno natknęli się na coś ciekawego, a ona przecież nie mogła przegapić takiej okazji. Ta chwila odpoczynku zdecydowanie była dla niej wręcz zbawienne.

- Drętwota! - krzyknęła, kiedy tylko dostrzegła mężczyznę w podeszłym wieku, którego nigdy wcześniej nie widziała na oczy. Mierzył prosto w nią, więc musiała się jakoś bronić, a do czarnej magii nie miała zamiaru się posuwać. Od tego byli inni. Ona chciała po prostu chronić swoją szkołę przed całkowitym zniszczeniem.

         Odetchnęła głęboko, ponownie ruszając przed siebie. Szybko jednak zawróciła, kiedy zauważyła tak dobrze znane jej blond włosy. Wiedziała, że obecność Malfoya w tym samym miejscy, co siostry Hermiony i jej przyjaciół nie może oznaczać niczego przyjemnego w skutkach. Szczególnie, kiedy Dracon przebywał ze swoimi dawnymi pachołkami. Miona była szczerze zawiedziona, widząc go w ich towarzystwie. Liczyła na to, że chłopak całkowicie zerwał ze swoim poprzednim życiem. Czy mogła mu zaufać, kiedy ten fakt nie był do końca prawdą?

         Zatrzymała się, kiedy Smok wszedł do pokoju życzeń. Nie mogła pójść za nim, przecież nie wiedziała, gdzie chciał się znaleźć. Zaklęła pod nosem, uderzając z całej siły stopą w podłogę. Syknęła, czując tępy ból, rozchodzący się po całej nodze. Powinna bardziej panować nad swoimi emocjami.

- Herm? - odwróciła się, słysząc delikatny głos Ginny. Uśmiechnęła się szeroko, wiedząc swoją rudą przyjaciółkę. Nie czekając na nic więcej rzuciła się w jej ramiona i mocno przytuliła do siebie. Jednak kiedy dziewczyna nie odwzajemniła uścisku szybko zorientowała się, że nie wszystko jest tak, jak powinno. Odsunęła od siebie pannę Weasley na długość ramion i zmierzyła badawczym spojrzeniem.

- Gin, możesz mi wytłumaczyć, co ci się stało? - zapytała przerażona wyglądem płomiennowłosej. Była jeszcze bledsza niż zazwyczaj, a z jej oczu zniknęły zadziorne iskierki. W dodatku była przerażająco zimna, jakby ktoś już ją zabił. Granger otworzyła szeroko oczy, zdając sobie sprawę z tego, co mogło ją doprowadzić do aż takiego stanu rozpaczy. - Ginny, chyba nie chcesz mi powiedzieć, że ty skorzystałaś z tego, czego nauczył nas Syriusz! Do jasnej cholery, przecież to było niebezpieczne! - krzyknęła, przez co natychmiast została zgromiona spojrzeniem przez rudą.

- Ratowałam twoją siostrę, więc powinnaś mi być wdzięczna - syknęła, zaciskając dłonie w pięści. Pokiereszowana twarz Miony pobladła, a ona poczuła, jak ziemia osuwa jej się spod stóp. Nie chciała wierzyć w to, że Sophie coś sie stało, przecież zawsze była najlepsza w tym co robi! - Miona spokojnie, już wszystko jest dobrze. Na szczęście zareagowałam w miarę szybko, bo stałam tylko kilka metrów od miejsca, w którym dostała zaklęciem. Teraz jest już z Harry'm, i Ronem w pokoju życzeń, gdzie starają sie znaleźć jednego z ostatnich Horkruksów. Hermiona błagam cię, nie zemdlej mi tutaj.

- Wszystko w porządku Gin. Wszystko jest w porządku - wyszeptała dziewczyna, opierając się o ścianę. Nie mogła zemdleć, przecież wszystko było dobrze. Weasley zareagowała w odpowiednim momencie, dzięki czemu nie stało się nic złego.

- Hermiono, powinnyśmy się ruszać. Nie wolno nam stać w jednym miejscu, bo źle się to dla nas skończy.

- Wiem Ginny, ale zupełnie nie mam pojęcia, gdzie jeszcze możemy iść - wzdycha, ale rusza przed siebie, kiedy robi to jej przyjaciółka. - Wiesz, wydaje mi się, że jestem dzisiaj bezużyteczna. Wszyscy walczą w obronie Hogwartu, a ja nie potrafię wypowiedzieć jednego, głupiego zaklęcia. Nie potrafię kogoś zabić - kręci głową, krzyżując ręce na klatce piersiowej, ostrożnie schodząc po schodach. Domyśliła sie, że Gryffonka prowadzi ja proso do lochów. Może liczy na to, że znajdą tam Diabła?

- To nic złego, Miona. Pokazujesz tylko, że jesteś dobrym człowiekiem.

         Brązowowłosa nie odzywa się, nie chcą kontynuować tej rozmowy. Słowa Ginny nawet w najmniejszym stopniu nie zmieniły jej nastawienia do tego wszystkiego. Czuła, że nie do końca wywiązuje się ze swoich obowiązków względem ukochanej szkoły. Przecież nie zrobiła wszystkiego, co w jej mocy.

         Pokręciła głową, chcąc wyrzucić z niej niechciane myśli. Musiała skupić się nad tym, co dzieje się dookoła, bo w innym przypadku sama może strzelić sobie jakimś zaklęciem w głowę. Niepewnie złapała Ginny za dłoń, od razu oplatając jej palce swoimi. Potrzebowała pewności, że przyjaciółka w dalszym ciągu była obok niej. Uśmiechnęła się do siebie delikatnie, kiedy dziewczyna odwzajemniła uścisk.

~*~

         Po dojściu do lochów i zastaniu tam jedynie sterty gruzów, szybko wróciły na dziedziniec, gdzie walka w dalszym ciągu toczyła się w najlepsze Hermiona bała się, że działania wojenne nie skończą się, dopóki ostatni wojownik nie padnie trupem. Obawiała się również tego, że po stronie Zakonu było znacznie mniej walczących. Klęła na siebie w myślach za takie myślenie, ale nie potrafiła inaczej.

- Już świta - usłyszała delikatny głos przyjaciółki. Pokiwała głową jakby była w amoku i spojrzała pół przytomnym wzrokiem na niebo. Miała już tego wszystkiego dość, chciała to wszystko jak najszybciej zakończyć.

         W pewnym momencie poczuła, jak ktoś popycha ją i razem upadają na ziemię. Wydała z siebie zduszony krzyk, szeroko otwierając oczy. Różdżka, którą wcześniej wsadziła za pasek spodni, mocno wbiła się w prawe biodro dziewczyny, przez co z jej gardła wydobył się przeciągły jęk. Podniosła się na łokciach, mierząc zdziwionym wzrokiem Terrence'a, który z kolei chciał zabić ją spojrzeniem. Kątem oka zauważyła, że Weasley również nie uniknęła bliższego spotkania z podłożem.

- Czy ciebie do końca popierdoliło, Granger? - syknął Ślizgon, zgrabnie podnosząc się na równe nogi. - Jakbyście nie zauważyły, jesteśmy w samym centrum wojny, a wy obie wyglądałyście, jakbyście oglądały romantyczny zachód słońca nad jakimś pierdolonym morzem - dodał, rzucając jakimś niezidentyfikowanym dla nich zaklęciem w jednego ze zbliżających się do nich mężczyzn.

- Soko jesteś taki bohaterski, Higgs, mogłeś się postarać o jakiś łagodniejszy upadek - odpyskowała rudowłosa, również wkręcając się w wir walki. Hermiona wstała z ziemi, wydobywając różdżkę zza paska. Wiedziała, że jej zaklęcia, chociaż silne, nie przydadzą się na zbyt wiele, ale zmierzała przynajmniej stwarzać pozory. Nie chciała, żeby później zarzucono jej, że nie chciała bronić Hogwartu.

         Wycofała się powoli z powrotem do wnętrza szkoły, chcąc poszukać dla siebie jakiegoś innego zajęcia. Może przy odrobinie szczęścia trafi na grupkę zagubionych pierwszoklasistów, których niezwłocznie trzeba będzie objąć ochroną. Wiedziała, że zachowuje się jak tchórz i dokładnie tak się czuła, ale nie miała na to żadnego wpływu. Najwyraźniej była tchórzem.

- Nie tak szybko, Granger - zacisnęła szczęki, słysząc za sobą głos blondyna. Jego towarzystwa najmniej w tamtym momencie potrzebowała. - Nie uważasz, że akcja dzieje się gdzieś zupełnie indziej? - nie odezwała się nawet słowem, kiedy chłopak pociągnął ja za nadgarstek i przyparł swoim ciałem do ściany.

- Nie denerwuj mnie, Malfoy. Właśnie szłam sprawdzić, czy ktoś nie potrzebuje pomocy, więc z łaski swojej złaź mi z drogi - przewróciła oczami, odpychając go od siebie. O dziwo, nie miała z tym większych kłopotów, więc już po chwili z powrotem szła przed siebie, bijąc się ze swoimi myślami.

- Nie wiem, kim jesteś, ale oddaj mi moją Granger, bo nie jesteś nawet jej marną poróbką - odwróciła się zdziwiona o sto osiemdziesiąt stopni. Uważnie obserwowała plecy odchodzącego chłopaka, wręcz wypalając w nich dziurę.

         Czy to jest właśnie to, czym stała się w związku z ostatnimi wydarzeniami? Swoją kopią? Ale dlaczego tylko on to zauważył? Owszem, udawała przed nimi wszystkimi, że wróciła do siebie, ale czy to oznacza, że Draco zna ją aż tak dobrze? Ile czasu w takim razie musiał spędzić na obserwowanie jej? Tak bardzo chciała poznać odpowiedzi na wszystkie te pytania. Już nic nie wiedziała. Była jednak pewna tego, co powinna w tamtym momencie zrobić. Przede wszystkim musiała pokazać sobie, że jest silna. Musiała pokazać jemu, że nie miał racji.