niedziela, 2 marca 2014

Rozdział Siódmy: "Chciała, żeby ta męka się w końcu skończyła."

Postanowienie !!
Przez jakiś czas będę pisać krótkie rozdziały, ale postaram się, żeby było w nich jak najwięcej akcji? Dlaczego? Odpowiedź jest prosta - druga cześć "Nowej historii Draco I Hermiony" skończyłaby się za szybko xd
Jak widzicie pojawiła się ankiet - głosujcie, a będzie wam dane (albo i nie, to zależy od głosów większości xd)
Pozdrawiam,
Cave.
_____________________

       Hermiona cały dzień spędziła w pokoju Teodora, a Draco nie odstępował jej nawet na krok. Chłopaki wcisnęły w nią siłą marną kolację, którą niechętnie przełykała. Tłumaczyła im, że nie jest głodna i nawet przez sekundę nie pomyślała w celi o jedzeniu, ale oni twardo obstawali przy swoim. Z jednej strony była mocno zirytowana ich postawą, ale z drugiej dziękowała Merlinowi, że to właśnie ta czwórka ma pomagać jej w wykonaniu misji, powierzonej przez Zakon Feniksa. Nie wiedziała, jak to zrobili, ale pomimo tych kilku lat, przez które byli zaciętymi wrogami, teraz potrafiła im w stu procentach zaufać. Obawiała się tylko, że kiedy wojna się zakończy, oni wyrzekną się wszystkiego, co działo się przez ostatnie kilka miesięcy w tym miejscu.
- Wiecie cokolwiek o mojej siostrze? – zapytała w pewnym momencie, kiedy przez dłuższy czas trwali w ciszy. Zauważyła, jak jej towarzysze spinają się, atmosfera znacznie zagęszcza. Westchnęła ciężko. Mimo wszystko chciała znać całą prawdę – lepsze to, niż kłamstwo.
- Nic. – powiedział Bleise, kierując wzrok na okno, za którym panowała ulewa. Widoczność była znacznie ograniczona, a przez kaskady wody ledwo przedzierało się światło latarni, które stały w wielkim ogrodzie. Spuściła wzrok na swoje splecione dłonie i zaczęła bawić się długimi palcami. Dlaczego miała wrażenie, że chłopak kłamał?
- Spokojnie Hermiono. Jestem pewny, że Bliznowaty nie dał jej nic zrobić. – mruknął Malfoy, przyciągając szatynką do siebie, na co ona ufnie wtuliła się w jego ramiona. Z całej siły starała się zignorować przyjemne ciepło na sercu, kiedy ten Ślizgon przebywał tak blisko niej. Z marnym skutkiem.
- Musisz już iść. – wzrok Gryffonki odruchowo powędrował na duży, zabytkowy zegar, wykonany z ciemnego drewna. Wskazywał równo godzinę pierwszą w nocy. Pokiwała twierdząco głową, niechętnie opuszczając bezpieczne ramiona blondyna i podnosząc się do pozycji stojącej.
       Przymknęła oczy, kiedy równowaga odmówiła jej kompletnie współpracy. Wróciła jednak w odpowiednim momencie, co zapobiegło bliższego spotkania dziewczyny z podłogą. Ruszyła hardym krokiem w kierunku drzwi. Nie miała zamiaru pokazywać, jak bardzo boi się kolejnych dni. Duma nie pozwalała jej na to. Poczekała, aż Teodor otworzy przed nią drzwi, a zaraz potem znaleźli się na korytarzu. Usiłowała ukryć zdziwienie, kiedy cała czwórka podążyła z nią do lochów, gdzie ponownie miała zostać zamknięta w chłodnej, wilgotnej celi. Pięć minut później znaleźli się już przed kratą. Hermiona chciała zatrzymać się na chwilę przed miejscami, gdzie przebywają jej przyjaciółki, ale chłopaki jej na to nie pozwolili. Za każdym razem, kiedy prosiła ich o choć chwilę rozmowy, oni tłumaczyli, że i tak już dużo ryzykują. Z cichym westchnieniem weszła do środka, po czym od razu zajęła miejsce pod ścianą, chowając twarz w kolanach, które podciągnęła pod brodę. Chciała, żeby już sobie poszli, bo musi teraz zostać sama. Chyba zrozumieli jej postawę, ponieważ po chwili usłyszała zgrzyt klucza w zamku, a kilka sekund później odgłos oddalających się kroków.
        Musiała pomyśleć nad tym, jak ma wyciągnąć z Voldemort ‘a jakiekolwiek informacje. Przecież to chyba oczywiste, że nie porozmawia z nią od tak, jakby byli najlepszymi przyjaciółmi, którzy znają się od urodzenia. Chociaż zaraz. Gdyby podejść go naokoło, to mogłoby się udać. Zmaltretowaną twarz dziewczyny przyozdobił delikatny uśmiech. Może w końcu coś pójdzie po jej myśli. Jej powieki opadły, przysłaniając szatynce świat, kiedy nie była w stanie już dłużej powstrzymywać zmęczenia, które po woli opanowywało całe zbolałe ciało Miony. Położyła się na kamiennej podłodze, układając ręce pod głową, żeby choć trochę zastąpiły jej poduszkę. Przez ciało szatynki przeszedł nagły dreszcz zimna. To jednak nie przeszkodziło dziewczynie w zaśnięciu, które przyszło zupełnie niespodziewanie i sprawiło, że chociaż na chwilę mogła odciąć się od tego wszystkiego, co ją otaczało i sprawiało ból oraz cierpienie.
         Rano obudził ją dźwięk otwieranych krat. Westchnęła ciężko, ale nie podniosła powiek. Dobrze wiedziała, co ją teraz czeka. I nie pomyliła się. Po kilku sekundach ktoś z całej siły pociągnął ją za włosy do góry. Automatycznie złapała za ramię swojego oprawcy, usiłując choć trochę zmniejszyć ból, jaki jej sprawia. Pokazała światu czekoladowe tęczówki, w których błyszczały kryształowe łzy. Nie chciała, żeby tam były, ale nic nie mogła na to poradzić. Powstrzymała odruch wymiotny, gdy Śmierciożerca ukazał rządek nierównych, pożółkłych zębów, co miało oznaczać uśmiech. Nic nie powiedział, tylko skierował się do wyjścia z piwnic.
- Już inaczej nie potraficie, tylko za włosy? – warknęła, usiłując dotrzymać mężczyźnie kroku. W odpowiedzi usłyszała tylko jego kpiący głos. Postanowiła milczeć, żeby nie dawać mu więcej powodów do radości.
       Ogromne, drewniane drzwi, za którymi miała wątpliwą przyjemność znajdować się już wczoraj, otworzyły się na całą swoją szerokość, ukazując wielkie pomieszczenie, w którym znajdowały się tylko trzy osoby. Na samym środku stał sam Voldemort, uśmiechając szeroko, gdy zobaczył, kogo przyprowadził mu jeden z poddanych. Pod ścianą natomiast dostrzegła Draco, który usilnie starał się ukryć wszystkie emocje, jakie się w nim kotłują oraz jego oraz jego ojca. Ten człowiek natomiast był dla niej jedną, wielką zagadką. Nie rozumiała, jak można tak skrzywdzić własne dziecko. Teraz stał z dumnie uniesioną głową, trzymając bladą dłoń na ramieniu Smoka i obserwował ją z góry, jakby była nic niewartym śmieciem. Zaśmiała się żałośnie pod nosem. Właśnie w ten sposób czuła się przez ostatnie kilkadziesiąt godzin.
       Opadła na kolana po tym, jak Śmierciożerca pchnął ją z całej siły. Nie była w stanie panować nad swoim ciałem, przez co musiała podeprzeć się na rękach, żeby nie rozbić twarzy o kamienną posadzkę. Zacisnęła powieki, czując ból, rozchodzący się po całym jej ciele. Ciałem Hermiony wstrząsnął nieprzyjemny dreszcz. Musi zapanować nad sobą. Jeden, Dwa, Trzy, Cztery …
- Nie bój się, Hermiono. Nic ci nie zrobię. – do jej uszu dobiegł spokojny głos Czarnego Pana. Skrzywiła się nieznacznie z obrzydzenia. – Oczywiście, jeśli będziesz współpracować. – dodał po kilku sekundach. Poczuła, jak usiłuje wedrzeć się do jej umysłu. Nie pozwoli mu na to.
        W pewnym momencie jej głowa podniosła się, mimo woli dziewczyny. Patrzyła teraz prosto w rozeźlone oczy potwora. Dobrze wiedziała, że pytanie z ostatniego przesłuchania jest dalej aktualne i tak nie miała zamiaru się odezwać. Czuła na sobie palące spojrzenie Draco. Zastanawiała się, czy patrzenie na to, jak cierpi sprawia mu przyjemność. Nie chciała w to wierzyć, ale podświadomość dziewczyny była w tej kwestii bezlitosna. Cały czas w jej umyśle przewijały się obrazy pokoju Nott ‘a, w którym z wielkim rozbawieniem opowiada reszcie swoich przyjaciół, jak to głupia Szlama zwija się w spazmach, usiłując zapanować nad swoim ciałem i łapczywie łapiąc każdy oddech, który może być dla niej ostatnim. Właśnie tego się obawiała – że zakocha się w swoim największym wrogu. Doskonale zdawała sobie sprawę, że jest już nim zauroczona i, chociażby nie wiem, jak się starała, nie uda jej się tego zmienić.
        Z zamyślenia została wyrwana w dość brutalny sposób, ponieważ Cruciatusem. Zacisnęła z całej siły zęby, starając się, żeby z jej gardła nie wydostał się żaden, nawet najcichszy dźwięk. Nienawidziła tego miejsca. Nienawidziła Voldemort ‘a. Jednak przede wszystkim nienawidziła samej siebie. Za słabość, strach, który wypełniał i paraliżował całe ciało dziewczyny, brak odwagi, żeby odpyskować przeciwnikom oraz myśl, że sobie nie poradzi. To ostatnie sprawiło, że całe wnętrze Hermiony zostało wypełnione odrazą. Zacisnęła pięści, przez co delikatna skóra dłoni została przebita przez połamane, za długie paznokcie.
- Nie powstrzymuj krzyku, Szlamo! Pokaż, jak bardzo cierpisz! – do jej uszu dotarł mrożący krew w żyłach krzyk, ale nie złamał dziewczyny.
      Dobrze wiedziała, że Czarny Pan uwielbia patrzeć, jak jego ofiary wiją się w agonii i cierpieniu. Jednak ona nie będzie tego robić. Wracała dawna Hermiona. Ta, która nie bała się niczego i zawsze wiedziała, co ma zrobić. Zastraszona dziewczyna poddała się, dzięki czemu dawna Granger wróciła do siebie. Nie zamierzała z powrotem odchodzić na urlop. Szatynka podniosła się do klęku, podpierając drżące ciało na rękach. Musiała w to włożyć całą siłę, jaka jeszcze się w niej znajdowała. Kiedy zaklęcie ustało podniosła głowę do góry i popatrzyła prosto w zwężone, gadzie oczy Riddle ‘a. Jednak nie tak, jak poprzednim razem – ze strachem i bólem. Teraz przepełniała je tylko nienawiść i determinacja.
       Draco patrzył na Gryffonkę z podziwem, który starał się za wszelką cenę ukryć wraz z przerażeniem i bólem pod maską zupełnej obojętności. Dobre wiedział, dlaczego Tom kazał mu na to wszystko patrzeć. Ojciec już dawno poinformował go, że Voldemort widzi w nim potencjał do bycia jednym z jego najbardziej zaufanych sług. Kiedy usłyszał to po raz pierwszy po prostu zamknął się w swoim pokoju i zaczął płakać. Po kilku minutach jednak jego ciałem zawładnęła niesamowita nienawiść do wszystkiego co żyje i gdyby nie dość szybka interwencja Terrence ‘a, wylądował by w świętym Mungu z pozrywanymi wszystkimi mięśniami. Zdemolował pomieszczenie, a przyjaciel w odpowiednim momencie uratował go od ronienia sobie krzywdy.
        Teraz, kiedy cierpiała jedna z najważniejszych dla niego osób (sam już nie wiedział, kiedy do tego dopuścił, ale mimo wszystko nie żałował), chciał zrobić to samo, co w pokoju – zatracić się w amoku i zniszczyć każdy przedmiot w zasięgu kilku metrów. Serce mówiło – postaw się, a rozum zaprzeczał twierdząc, że na uczucia przyjdzie jeszcze czas. Sam już nie wiedział, czy kogoś takiego, jak on, stać na coś więcej niż strach. Tak, był cholernym tchórzem, który nie zasługiwał na nic innego niż śmierć. Ale jeszcze żył i zamierzał pomóc Zakonowi w pokonaniu kogoś, kto zrobił z niego kompletnego potwora.
- Jesteś nic nie wartym śmieciem, Voldemort. – po pomieszczeniu w pewnym momencie rozniósł się słaby głos Hermiony. Źrenice wcześniej wspomnianej osoby zapłonęły żywym ogniem.
- Jak śmiesz używać mojego imienia?! – w przeciągu kilku setnych sekundy Hermiona wylądowała na ścianie, a Czarny Pan znalazł się przy nie, unieruchamiając ją jednym zaklęciem. Jęknęła, kiedy końcówka różdżki wbiła się w jej krtań. Szybko jednak przywróciła zacięty wyraz twarzy. – Skoro nie chcesz mówić sama, zmuszę cię do tego. – syknął, zdejmując urok z ciała dziewczyny, przez co z głośnym łomotem opadła na posadzkę.
        Trwało kilka minut, zanim Śmierciożercy usadzili ją na drewnianym krześle i przymocowali jej ręce do jego oparć. Wszyscy wiedzieli, co się za chwilę stanie. Niektórzy byli przeszczęśliwi, inni zaintrygowani, natomiast pozostali starali się być zupełnie obojętni. Sama Miona zaczęła błagać Merlina, żeby instrukcje Syriusza były odpowiednie i udało jej się jakkolwiek zapanować nad swoimi myślami, kiedy Veritaserum zacznie już krążyć po organizmie dziewczyny. Niby zadnie było proste: wymyślić swoją własną wersję wydarzeń, a o prawdziwej na chwilę zapomnieć. Jednak potrzeba do tego niesamowitą ilość silnej woli, której Herm ostatnimi czasy trochę brakuje. Motywuje ją jedynie myśl, że stara się nie zdradzić przyjaciół i uratować magiczny świat.
        Wzdrygnęła się, kiedy usłyszała odgłos uderzania bosymi stopami o kamienną posadzkę. Wiedziała, że za chwilę okaże się, jak dobrą czarownicą jest. Żałowała, że nie ma przy niej teraz przyjaciółek, jednak nic nie mogła na to poradzić. Zamknęła oczy, gdy tylko Riddle stanął przed nią. Chciała, żeby ta męka się w końcu skończyła.
         Poczuła, jak Tom łapie podbródek dziewczyny, aby wlać do jej ust całą zawartość niewielkiej fiolki. Automatycznie wypluła substancję, otwierając szeroko oczy. Jeżeli wszyscy zgromadzeni myśleli, że podda się tak ławo, to byli w ogromnym błędzie. Wściekły Riddle spróbował po raz kolejny, tylko tym razem nie był już taki delikatny i zmusił Hermionę do połknięcia mikstury. Poczuła, jak przez jej ciało przechodzi nieprzyjemny dreszcz.

- Czy ty i twoje przyjaciółki należycie do Zakonu Feniksa. – padło pierwsze pytanie. 

2 komentarze:

  1. BRAWO, Hermiona! Tak trzymać!
    Ach, do pełni ideału brakowało mi tylko, by zamiast "Voldemort" powiedziała "Tom".... to by się nasz mhroczny pan wkurzył!
    No i jak śmiesz przerywać w TAKIM momencie, pytam się? No jak?!

    OdpowiedzUsuń
  2. No i to ja rozumiem. Nieźle mnie nastraszyłaś tym, że chcesz porzucić Dramione. nie rób tak nigdy więcej bo, chyba padnę na zawał :P
    Co do rozdziału to dla mnie jest jak najbardziej genialny. Lubię tego bloga i mam nadzieje, że prędko się nie zakończy :)
    http://dramiona-la-fin-de-la-vie.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń